Aby wyruszyć w daleką drogę spotkaliśmy się w Warszawie 25 października 2007 r. rano. Zebranie wszystkich uczestników zajęło chwilkę, ale już około dziewiątej ostatnie samochody ruszyły w trasę.

W rajdzie udział wzięło osiem załóg, 5 w Garbusach oraz po jednej w Skodzie 110L, Warszawie Garbatce, Dużym Fiacie. Wszyscy uczestnicy, codziennie rano otrzymywali od organizatorów itinerer wskazujący miejsca, które należy po drodze odwiedzić a nie dokładną trasę przejazdu.
Rajd został podzielony na 3 epizody, każdy zakończony noclegiem w innym miejscu Polski a dokładnie coraz bardziej na Południe. Uczestnicy zostali podzieleni na grupy i tak, jako pierwsza wyruszyła drużyna Garbusa i Skody, czyli nasza, druga, dwóch Garbusów, trzecia Dużego Fiata i Warszawy początkowo w składzie sam Fiat oraz czwarta dwóch Garbusów czyli organizatorów.

Epizod I

Pierwszy etap rajdu, jak już wspomniałam rozpoczął się w Warszawie, skończył natomiast w okolicach Chęcin. Po drodze mijaliśmy szereg ciekawych i nieznanych dotąd miejsc (a niektórych znanych, ale z zamierzchłych czasów podstawówki) m.in. Zamek w Czersku, Kozienice, muzeum Jana Kochanowskiego w Czarnolesie, ruiny Zamku w Iłży, ale również sławny z dowcipów Wąchock, muzeum Techniki w Starachowicach czy słynny pomnik przyrody Dąb Bartek.

Wybierając poboczne drogi udało się zobaczyć wiele więcej miejsc niż wskazywał itinerer.

W tym dniu jedną z większych atrakcji okazało się muzeum w Starachowicach, które niestety nie wszyscy mieli okazję obejrzeć, a ci co mieli i tak oglądali je po zmierzchu, ale i tak było warto gnać, żeby zdążyć przed zamknięciem. Okryte zmierzchem stare przemysłowe instalacje wyglądały nastrojowo i tajemniczo. Widzieliśmy piec do wytapiania surówki żelaza, największą na świecie maszynę parową z kołem zamachowym o średnicy 9 m, a także kolekcję starych Starów i egzemplarz, który brał udział w Rajdzie Paryż – Dakar. Na miejsce noclegu dotarliśmy około godziny 22.
Ze względu na dowolność w wyborze trasy przejazdu zaskakujące były kolejności kończenia poszczególnych etapów. Załogi wyprzedzały się i mijały w trasie, nie wiedząc o tym tasowały, tak więc zdarzało się, że ostatni byli pierwszymi. Przed snem zafundowano nam jeszcze „zadanie dnia” które w tym epizodzie polegało na wykazaniu znajomości historii miejsc zawiedzonych. Nasza drużyna niestety dostała upomnienie, bo chłopaki ściągali.

Ten dzień był też jedynym kiedy pojawiły się pewne problemy z samochodem, a mianowicie na wysokości Starachowic, na niskich obrotach, przy obciążonym silniku można było zaobserwować niepokojącą zmianę w pracy silnika. Podejrzenie padło na dysze wolnych obrotów. Jak się okazało następnego dnia – słusznie.

Pierwszego dnia przejechaliśmy około 400 km.

Epizod II

Ten etap okazał się najdłuższy i najbardziej męczący. Dzień rozpoczął się stosunkowo wcześnie rano, w drogę wyruszyliśmy przed godziną dziesiątą, po wcześniejszym czyszczeniu wszystkich dysz – a mamy ich teraz aż osiem. Na szczęście przeczyszczenie tego elementu przyniosło oczekiwane efekty i mogliśmy spokojnie kontynuować zdobywanie Południowego krańca Polski.

Na pierwszy rzut poszedł Zamek w Chęcinach, który co poniektórzy pamiętali mgliście z przeszłości . Wspiąwszy się na górę naszym oczom ukazała się piękna polska jesień oraz oczywiście ruiny Zamku. Wykonując zadania dotyczące tego miejsca mieliśmy m.in. okazję zamknąć swoich kolegów w dybach, niektórzy robili to zbyt gwałtownie co skończyło się nawet guzem.

Kolejnym punktem był Zamek Krzyżtopór, który zrobił na nas duże wrażenie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak bardzo prawdziwe jest powiedzenie „cudze chwalicie, swojego nie znacie”. Wydaje się, że w Polsce chyba dopiero teraz zrozumieliśmy, że to co nam pozostało z dawnych czasów (a jak się okazuję nie jest tego tak mało) należałoby w jakiś sposób zabezpieczyć i wypromować. Po tym zamku chodziliśmy blisko 2 godziny, oglądając imponujące ruiny a także szukając kredowych graffiti pozostawionych przez organizatorów, co było jednym z zadań do wykonania.

Po drodze mijaliśmy również: Klimontów z zaniedbaną synagogą, klasztor pokamedulski „Pustelnia Złotego Lasu”, Połaniec z Kopcem Kościuszki i Pacanów z figurkami Koziołka Matołka na rynku. W Nowym Korczynie mieliśmy okazję przepłynąć promem, co ze względu na wszechobecną ciemność było nie lada przeżyciem. Tego dnia widzieliśmy również, wprawdzie po ciemku – malowane domy w Zalipiu oraz ciekawy rynek w Gorlicach.

Wielką atrakcją było również dotarcie na miejsce noclegu – do schroniska górskiego w Magurskim Parku Narodowym, które poprzedzone było jazdą po górach wąską ok. 10 km drogą. Ten etap również miał około 400 km i skończył się dla nas dotarciem do schroniska około godz. 23. Byliśmy pierwszą ekipą, która dotarła na miejsce ale ku naszemu zdziwieniu na miejscu był już jeden Garb z Małopolski, który dołączył na ostatni epizod Rajdu.

Epizod III

Przygotowani na krótszą trasę niż to miało miejsce w poprzednie dni organizatorzy pozwolili nam chwilę dłużej pospać i tak w trasę wyruszyliśmy, po wcześniejszym napełnieniu brzuchów, około godziny 11. Dobre kilkadziesiąt minut wcześniej schronisko opuściła drużyna Warszawy i Dużego Fiata, która tuż przed 12 została przyuważona kilkanaście kilometrów od miejsca noclegu. Chłopaki z tej ekipy wybierali zazwyczaj najdłuższe drogi na skróty i z reguły kolejność wyjazdu nie miała związku z momentem dotarcia do mety. Tak też stało się i tego dnia.

Wracając jednak do naszej drużyny. Po krótkim postoju w Żmirogrodzie udaliśmy się w kierunku Bóbrki, gdzie zwiedziliśmy skansen – Muzeum Przemysłu Naftowego im. I Łukaszewicza. Ten przystanek okazał się szczególnie wartościowy, gdyż nikt z nas wcześniej nie miał okazji podziwiać zasobów tego miejsca. Największe wrażenie zrobiła na nas czynna jeszcze Kopanka, w której mogliśmy podziwiać bulgoczącą ropę naftową! Czy wszyscy z Was wiedzą, że pierwsza na świecie kopalnia ropy naftowej powstała w Polsce?

Następnie udaliśmy się w kierunku Rymanowa i Rymanowa Zdroju, gdzie widzieliśmy najstarszą synagogę na Podkarpaciu oraz piliśmy wodę zdrojową ze źródełka. W Sanoku usiedliśmy na ławeczce z Wojakiem Szwejkiem i o mały włos nie wjechaliśmy za Danonem do aresztu śledczego, a w Zagórzu wdrapaliśmy się samochodami na wzgórze, na którym znajdują się ruiny warownego klasztoru Karmelitów Bosych. Pozostałości murów tego kościoła wyglądały bardzo tajemniczo zwłaszcza, że zajechaliśmy na miejsce gdy zapadał zmrok.

Dalej udaliśmy się w stronę miejsca noclegu, czyli Kalenicy, zahaczając po drodze o Komańczę, Cisnę, gdzie w sławnej „Siekierezadzie” zjedliśmy obiadokolację.

Ten dzień był najkrótszy kilometrowo, bo zamknął się w niewiele ponad 200 km, jednak obfitość atrakcji po drodze i wspaniała kręta droga przez góry spowodowała, że ukończyliśmy go około godziny 21. Tutaj wypada wspomnieć o kierowcy Skody – Danonie i jego pilotce – Bożence, którzy prowadzili nas genialnie przez góry ze stałą prędkością 83 km/h, czy podjazd, czy zjazd, czy serpentyna czy prosta droga (jakby Skoda miała zamontowany tempomat). Pojawiły się nawet przypuszczenia, czy aby przypadkiem Danon nie jest góralem.
No i mogłoby się wydawać, że to już koniec atrakcji, a jednak nie! Wprawdzie zakończył się czas współzawodnictwa i wyniki zostały ogłoszone: pierwsze miejsce zajęła drużyna dwóch garbusków – Mat, Oktawia i Jasiek, drugie miejsce zajęliśmy my – Bożenka, ja, Danon i qubek, a na trzecim zaszczytnym wylądowali chłopaki z Warszawy i Fiata – Kazio, Witek oraz Jasiek, to przed drogą powrotną zdecydowaliśmy się na jazdę po Bieszczadach i zdobycie „ostatniej” osady w Polsce – Wołosatego.
Pogoda dopisała, przez cztery dni w zasadzie nie padało, momentami słonko dopiekało jak pod koniec lata, było naprawdę świetnie. Dziękujemy Iwonie, Kas, Barzantowi i Garbatemu za świetną organizację i wyjątkowe walory poznawcze tego Rajdu. Polecamy kolejne etapy, które jak można się domyśleć będą równie ekscytujące i ciekawe.

Fotografie: Karo