W tym roku znowu główną atrakcją Drajwitdeja okazały się spotkania entuzjastów klasycznej motoryzacji. Propagowanie jeżdżenia starymi samochodami w celu załatwienia przyziemnych spraw tej imprezie ciężko wychodzi. Robią to raczej Ci, których i tak do tego przekonywać nie trzeba. No ale spotkania wyszły fajnie więc nie narzekamy.

W Warszawie działo się sporo. Pomijając to, że swoim klasykiem można było pojechać po truskawki na bazarek albo po książki do biblioteki, miłośnicy starych gratów zorganizowali kilka imprez.

Wysłannicy Garbiarni stawili się na spocie przy Muzeum Ziemi.

Frekwencja na nim była naprawdę niezła. Spotkaliśmy wielu starszych i nowszych znajomych (oraz kupę nieznajomych). Samochody, które się stawiły reprezentowały szerokie spektrum klas i stylów – od Syren w stanie idealnym (dla epoki) po wymuskane Mercedesy. I to te pierwsze umieścilibyśmy na okładce czasopisma motoryzacyjnego, gdybyśmy byli jego redaktorami.

Po długim postoju podczas którego samochody przyjeżdżały i odjeżdżały, część uczestników przejechała nad brzegi Wisły oglądać na Moście Średnicowym parowozy, które dość skutecznie próbowano zagłuszyć i zaślepić widowiskiem typu światło i dźwięk. Ale i tak było fajnie, tak więc w kolumnie bardzo ciekawych kolekcjonersko pojazdów (w dużej części dwucylindrowych) udaliśmy się na kebaba.

I to by było na tyle.