BGC, ze względu na swoje miejsce w kalendarzu, zazwyczaj jest jedną z naszych pierwszych wiosennych wycieczek samochodowych. Tak było i tym razem. Stado Baranów znowu zaprowadziło nas w okolice, które mimo niewielkiego oddalenia od Warszawy wydają się być z innej planety i do tego czasów wcześniejszych o jakieś 30-40 lat.

W zeszłym roku wyjechaliśmy w południowe regiony Mazowsza. Tym razem przeciwnie – w dół Wisły, odwiedzając po drodze stare miasteczka (Zakroczym, Czerwińsk, Bodzentyn), których rozwój lekko zahamowało ostatnie kilkaset lat historii regionu.
Większość relacji z imprez tego weekendu będzie zapewne poświęcona w znacznej części kwestiom meteorologicznym. Fakt, z początku siąpił deszcz, co było nietypowe, bowiem na BGCu pogoda zawsze jest dobra. Ale na odprawie oficjalnie zapowiedziano, że w dalszych kratkach itinerera pogoda jest lepsza i oczywiście tak też było. Ale najpierw odbyły się dwie próby sprawnościowe. Barany mając do dyspozycji kawałek dawnego lotniska na Bemowie zlokalizowały próbę właśnie tam, od razu na starcie. Ta zrozumiała decyzja (zawsze problemem jest znaleźć miejsce na dobrą próbę sprawnościową na trasie) miała swoje zady i walety. Sęk w tym, żeby te pierwsze nie przysłoniły nam tych drugich. Fakt, trzeba było trochę poczekać już na samym początku (zawsze trzeba, jeśli ma się ~ 100 załóg startujących co minutę czy dwie), ale za to – o ile nie miało się jednego z pierwszych numerów startowych – można było sobie popatrzeć, jak próby sprawnościowe pokonują inni, porobić fotki i powyśmiewać ich błędy. Normalnie nie jest to możliwe. Potem nie pozostawało nic innego jak wsiąść we własny samochód i powtórzyć dokładnie te same pomyłki, które wytykaliśmy poprzednikom

A jeszcze później… do roboty. Tym razem trasa wiodła przez dobrze znane mi rejony, więc nie było aż tak magicznie jak podczas zeszłorocznej edycji. Ale to ja. I tak miło było popatrzeć na modliński dworzec kolejowy, który nie został zastąpiony blaszaną wiatą śmietnikową, tylko odnowiony. Perfekcyjny stan wnętrza, bez najmniejszego bazgrołu na zabytkowych ścianach, uzyskano dzięki bardzo prostej metodzie – dworzec był zamknięty na cztery spusty. Coś za coś.

Sama Twierdza Modlin też oczywiście jest arcyciekawa, ale to temat na oddzielną imprezę. Albo trzy. Dlatego dość szybko przejechaliśmy do pierwszego z kilku miasteczek, o których bogowie i ludzie zapomnieli – Zakroczymia. O jego dawnej (względnej) świetności świadczyły rozmiary rynku i stary słup wyznaczający przebiegający przez to miasto kiedyś szlak. Sam słup był wykonany z jeszcze starszej szyny produkcji angielskiej i był przestrzelony trochę młodszym pociskiem wystrzelonym przez armię niewiadomo którego kraju (kandydatów jest kilku). Słup – kosmopolita. W Zakroczmiu musieliśmy też odwiedzić położony na skarpie wiślanej kościół, (jego obsługa używała bardzo ładnego W124) z którego terenu rozciągał się piękny widok na położone poniżej tereny, z malowniczymi obejściami, w których wraki odblaskowo seledynowych Cinquecento po tuningu odwracały uwagę do sprytnie zakamuflowanych w zakurzonych szopach zakurzonych Żuków. Zakroczym pożegnał nas alarmem przeciwpożarowym, ogłoszonym z pomocą syreny na remizie strażackiej oraz chóru wszystkich miejscowych psów

Następny był Czerwińsk – miejscowość identycznie zapadła, różniąca się tylko bardziej stoicką postawą zamieszkujących ją czworonogów.

A potem nowa karta drogowa i dość znajoma trasa, która poprowadziła nas do Bodzanowa. Po drodze odwiedziliśmy jedną z tych miejscowości, co to nie ma dnia żeby nie wspominały o niej media – Kępę Polską, słynną ze swojego poziomu Wisły i samą w sobie ciekawą, jeśli ma się czas jej przyjrzeć. Wcześniej musieliśmy rozpoznać narodowości czterech czeskich piłkarzy, przy czym pośród jakiś pięciu zgromadzonych na miejscu załóg nie można było znaleźć ani jednej osoby, które interesowała by się piłką nożną. Jednak z poziomem wysportowana uczestników BGC nie jest tak źle, jak się okazało kawałek dalej, gdy pod cmentarną tablicą ostrzegającą wiernych przed rozmaitymi zagrożeniami, jeden z obecnych przyznał się do uprawiania karate – sztuki walki, która jest w centrum okultyzmu! Coś jest na rzeczy, ponieważ tuż obok ta sama grupa długo dywagowała nad sposobem określania wieku zwłok, a przy okazji także i nad surowością stadobarańskich sędziów, którzy mogą, ale nie muszą uznać brakujących dwóch tygodni jako przeszkody w przyznaniu trupowi prawa do legitymowania się ukończeniem 139 lat.
Należy też nadmienić o szkodach, jakie załogi rajdu wyrządziły miejscowej przyrodzie. Podczas gdy piszący te słowa szukali przy drodze rzekomo potrąconej przez nich pliszki, tuż obok grupa fordziarzy urządziła sobie (skuteczne) polowanie na bażanty (przez samo ż, jak w słowie „wżesień”).

Nie obyło się również bez strat w sprzęcie. Waszym korespondentom strzeliło koło pasowe prądnicy (element odpowiedzialny również za chłodzenie), wymieniane dzień wcześniej. Gdyby nie pomoc miejscowego farmera, człowieka o dobrym sercu i wielkiej spawarce, nie bylibyśmy wam w stanie przekazać relacji z zakończenia tegorocznego BGC.

A to odbyło się z należną tego typu wydarzeniom pompą – o zachodzie słońca, przy udziale wójta, przedstawicieli władz województwa (ale pod nieobecność miejscowego posła, który musiał udać się wcześniej na ważną strażacką naradę), z odpowiednimi przemówieniami i wielkimi oraz małymi pucharami. Wasi dzielni korespondenci otrzymali pokaźną nagrodę pocieszenia, która chyba jednak bardziej należy się tym załogom, które pomogły nam w trasie, niż nam. No i oczywiście farmerowi z Ręczyna, którego imienia nie poznałem, ale któremu jestem dozgonnie wdzięczny, gdyż uratował mi dupę i pozwolił zaoszczędzić sporo kasy i pieniędzy, które inaczej przeznaczyłbym na scholowanie samochodu.

BGC to dość długi rajd, więc trudno opisać wszystkie ciekawe rzeczy, które po drodze napotkaliśmy. Na pewno warto by jeszcze wspomnieć o pomysłowym czek pojncie Coorchacka, który przesiedział cały dzień w cieniu ruin cukrowni Mała Wieś z butelkami tańszego i droższego wina (człowiek o żelaznej woli, niewrażliwy na wszelkie pokusy), o zastawionej przez organizatorów na trasie pułapce radarowej (co było naprawdę poniżej pasa), o gościnności ludzi z domu pomocy społecznej, którzy nakarmili nas, gdy byliśmy głodni, oraz kupie innych elementów. Tym, którzy narzekali że trasa była zbyt długa, żeby utrzymać przez cały czas skupienie odpowiem: Nie ma takiego obowiązku. Przecież nie trzeba odpowiadać na wszystkie pytania, można itinerer potraktować jako przewodnik, a rajd – jako weekendową wycieczkę. Jedyna kara, która za takie podejście może nas spotkać, to niedostapienie zaszczytu uściśnięcia ręki wójta.
Trudno też nie podkreślić rozmachu, z jaką BGC jest organizowany. Chociażby sama liczba osób, zaangażowanych w jego obsługę, jest imponująca. A często mówimy o powtarzalnych czynnościach, które trzeba wykonywać przez X godzin non stop po środku niczego, z tą samą, niezmienną grupą żulików jako widownią. Sprawne obsłużenie tak długiego i licznie obsadzonego rajdu to coś, co należy docenić.

Więcej zdjęć tutaj: klik