Zapowiedzenie przez Złomnika Rajdu po Ursynowie im. Stefana Karwowskiego sprawiło, że bez większego namysłu kolejny dzień w naszym kalendarzu został zaznaczony jako zajęty

Po pierwsze z góry było wiadomo że na tą imprezę wpadnie sporo znajomych, po drugie – specyficzne gusta Złomnika zapowiadały pojawienie się różnych ciekawych samochodów a absencję motoryzacyjnych nudów w rodzaju Mercedesa Pagody, a po trzecie – lubię Ursynów. Jest to o tyle dziwne, że jako dla człowieka wychowanego na Pradze Północ Ursynów był dla mnie kiedyś kosmiczną masą betonu gdzieś hen daleko, absolutnie nie stanowiącą części Warszawy. Po raz pierwszy ( i na długo ostatni) odwiedziłem to miejsce będąc starszym nastolatkiem i wcale nie było to miłe spotkanie. Później jednak na kilka lat związałem się z tą dzielnicą i – może przede wszystkim – trochę o niej poczytałem. To jest kluczowe, bo jeśli się pozna projekt Ursynowa, to wtedy na przykład okazuje się, że ursynowskimi adresami rządzi logika. Z drugiej strony – zrozumiałe wtedy staje się, że dla przyjezdnych ta logika musi być głęboko ukryta

Tak jak podejrzewałem, rajd eksploatował tą pozorną nielogiczność i niezrozumiałość Ursynowa i tak naprawdę okazał się dość łatwy. To nie znaczy jednak, że nie wiązał się z wysiłkiem. Zamiast itinerera organizator podał listę kilkunastu adresów, które trzeba było odwiedzić. My zaczęliśmy od oznaczenia tych punktów na mapie i wytyczenia takiej trasy, żeby je w miarę efektywnie i po kolei odwiedzić. To się udało, nawet jeśli nie ustrzegliśmy się kilku błędów. Tyle że cały czas jechaliśmy z gazem w podłodze, wykorzystywaliśmy na maksa małe rozmiary Malucha na ursynowskich, zaprojektowanych oryginalnie do ruchu pieszego wewnętrznych uliczkach, a i tak wpadliśmy na metę z jedynie kilkuminutowym zapasem. Tym większe wyrazy uznania należą się załodze Ogórka, który ani do specjalnie szybkich, ani małych nie należy, a która uzyskała tylko jeden punkt mniej od nas i to raczej przez przypadek i chwile nieuwagi. Jeśli zaś chodzi o tych, którzy próbowali przejechać rajd przy pomocy GPSa… no cóż, dostateczną karą dla nich muszą być miejsca, które zajęli. Tak się nie dało – i bardzo, bardzo dobrze

Ciekawostką po drodze był punkt z dwoma zestawami pytań. Jeden przetestował naszą znajomość czarnych blach i geografii Polski sprzed reformy administracyjnej. Okazała się ona średnią. Drugi sprawdził naszą wiedzę na temat Toyoty Prius (WTF?), która oczywiście jest zerowa, oraz kazał zinterpretować logo z kierownicy starej (no!) Toyoty, gdzie prawidłową odpowiedź miałem na końcu języka, ale wydała mi się ona zbyt dziwaczna i ostatecznie wybraliśmy taką normalniejszą. Jak się okazało – błędnie, ale i tak muszę przyznać że takie pytania, to ja lubię (oczywiście nie o Priusa).

Co do samochodów, które na imprezie się pojawiły, to było sporo bardzo ciekawych i „ale bym nim jeździł”. Trudno tu wymieniać, żeby kogoś nie pominąć – jeden lepszy był od drugiego. Kto nie widział, ten trąba.

A my poprosimy o jeszcze.

Więcej zdjęc link

Wyniki: złomnik