Start arrow Wydarzenia arrow Nasze rajdy arrow Relacja z etapu zachód Rajdu 4000
Relacja z etapu zachód Rajdu 4000 Drukuj Wyślij znajomemu
Redaktor: qubek   
11 grudnia 2008
Ostatni w tym roku etap Rajdu 4000 miał dotrzeć do najdalszego od punktu startu, zachodniego krańca Polski. Pierwotnie wyznaczony był na lato 2008, ale zobowiązania zawodowe jednego z organizatorów wymusiły jego przełożenie na okres późnej jesieni. Co się odwlecze to nie uciecze, a pomyślnie zdany egzamin sędziowski Iwony na pewno pomógł w rozstrzyganiu sporów interpretacyjnych podczas oceniania wyników. Długi weekend związany ze świętem 11 listopada pozwolił w większości wypadków na wygospodarowanie czterech potrzebnych na pokonanie trasy dni bez konieczności brania urlopu – cenna rzecz. Niemniej pora roku budziła obawy co do pogody, a szybko zapadający zmrok wymusił okrojenie programu. Jeśli do tego dodać fakt, że odległość do pokonania była większa niż podczas poprzednich etapów, widać wyraźnie że ułożenie trasy i przystanków musiało być sporym wyzwaniem.

Start został wyznaczony w okolicach słynnej fabryki ołówków w Pruszkowie. Stamtąd, w celu jak najszybszego pokonania dzielącej nas od zachodniej granicy odległości, postanowiliśmy (wbrew normalnej na tego typu imprezach praktyce) wybrać autostradę. Opuściliśmy ją jednak już niedaleko przed Bolimowem, zdegustowani jakością jej nawierzchni. Po drodze pokonaliśmy próbę zręcznościową-samochodową, której morał brzmiał: „Nie dawaj w gaz jeśli nie chcesz stracić ani kropelki" (foto).

Poszukując po drodze platonicznego spokoju w romantycznym parku w Arkadii, a następnie zakłócając trudnymi pytaniami spokój pań w muzeum w Łowiczu udaliśmy się pod kolegiatę w Tumie, która choć nie stoi samotnie na uroczysku jak w książce Nienackiego, to jednak wraz z towarzyszącym jej wyraźnie widocznym grodziskiem pobudza wyobraźnię swoją przysadzistą bryłą (foto).

Wkrótce po tym nagłe załamanie pogody (jedyne podczas tego wyjątkowo ciepłego jak na porę roku weekendu) z mgłą ograniczającą widoczność do kilkunastu metrów, uniemożliwiło nam znalezienie hałdy przy kopalni odkrywkowej koło Konina, a co dopiero podziwianie roztaczających się z niej widoków. Następnie przy zapadającym już zmierzchu zgłębić dziwaczne obyczaje mieszkańców Ślesina, związane głównie z dziwną mową i dręczeniem zwierząt, a konkretnie - Agat. Na koniec musieliśmy w zupełnych ciemnościach mierzyć wymiary nie do końca cylindrycznych romańskich wież kościelnych oraz szukać wyrytych w kamieniu podpisów średniowiecznych budowniczych, którzy - o zgrozo - okazali się być hitlerowcami (foto).

To już było ostatnie tego dnia zadanie, po którym nie pozostało nic innego jak zrobić zakupy w nostalgicznym sklepiku na ryneczku, w którym panie ekspedientki, mimo że pamiętały jeszcze o godności i wysokiej randze, jaką odznaczał się zawód sprzedawcy w Polsce Ludowej, w przypływie wielkiej łaski zgodziły się sprzedać nam towary mniej więcej odpowiadające naszym wymaganiom i tylko częściowo przeterminowane i już można było udać się na nocleg do Biskupina. Jeszcze tylko pomóc rycerzowi obronić się przed morderczą narzeczoną poprzez wybranie jej podobno niegroźnej siostry w wymyślonej przez organizatorów arcyperfidnej zagadce logicznej i można oddać kartę zadań i walnąć się do lóżka. Pierwszy epizod zasłużenie zakończony na ostatnim miejscu.

Drugi dzień rozpoczął się od zwiedzania skansenu w Biskupinie. Po tym obowiązkowym punkcie (przy okazji którego każdy z uczestników miał okazję udzielić pomocy wymyślonej przez organizatorów niepełnosprawnej osobie), udaliśmy się według wskazówek do punktu widokowego w Dusznie. Problem w tym, że te wskazówki lokalizowały ww. punkt widokowy niedaleko określonej miejscowości. Czy raczej – jednej z miejscowości o określonej nazwie. My oczywiście udaliśmy się do tej drugiej. Zdążyliśmy na czas, tylko po to żeby odkryć że w równinnej okolicy nie ma ani śladu żadnego pasma wzgórz ani wieży widokowej. A potem czekało nas szybkie 80 km z powrotem. Po tym forsownym marszu zastaliśmy organizatorów i konkurencję łamiących sobie głowy nad kolejną zagadką logiczną, wymagającą tym razem przekształcenia otrzymanych informacji w dość długi układ równań i nierówności. Wszystko to przy niesamowitych widokach i równie niesamowitych wiatrach i z jednym z członków załogi marznącym na szczycie wieży w towarzystwie kalosza. Tym razem musieliśmy się uznać za pokonanych – pokonanych przez niuanse w oznaczaniu poszczególnych kondygnacji w języku polskim.

Z poczuciem porażki udaliśmy się z giertychowską wizytą szkolną do Gniezna, gdzie przeprowadziliśmy wśród miejscowych bywalców rynku wywiad na temat lokalnego browarnictwa oraz zjedliśmy obiad w miejscowych hotelu, przy akompaniamencie fortepianu na żywo zmieszanego z popem z głośnika. Rozkosze kulinarne przeciągnęły się do zmierzchu, co utrudniło realizację następnego zadania – znalezienia, sklasyfikowania i naszkicowania malowniczej grupy wiatraków. Podobnego poszukiwania przy latarkach wymagało grodzisko w Gieczu, choć muszę przyznać że było warto – nocna sceneria pomagała w uruchomieniu wyobraźni i zobrazowaniu sobie jego wyglądu z lat świetności. Przeszkadzała w tym tylko przebiegająca nieopodal autostrada A2.

Ostatnie zadania tego dnia to rzut okiem na pałac w Kórniku i odnalezienie w środku parku narodowego kamienia poświęconego zasłużonym dla ludowej Polski leśnikom. Potem można było udać się na nocleg do parowozowni w Wolsztynie.

Był to element wycieczki, który zrobił na mnie największe wrażenie.

Zaparkowaliśmy koło obrotnicy i szopy z parowozami podświetlonymi blaskiem z paleniska i otoczonymi ludźmi – pasjonatami i obsługą. Żywy parowóz jest – jak to określił jeden z uczestników rajdu – ciepły i śliski. Jak… Wrażenie którego nie da się opisać i które trzeba przeżyć. Szczerze polecam to każdemu – to jedyne miejsce w Europie, gdzie można zobaczyć kolejarzy, którzy jak za dawnych lat obsługują parowozy, wypuszczając je na regularne, zwykłe pasażerskie trasy. Nie wiadomo jak długo jeszcze. Przy całym zamieszaniu wokół różnych spółek PKP, Wolsztyn w swojej obecnej postaci jest wciąż utrzymywany, ale w parowozowni pracuje garstka ludzi po 50tce. Kto zastąpi tych fachowców z wymierających zawodów? Widok wyjeżdżającej na trasę o czwartej nad ranem lokomotywy jest niezapomniany. Jeśli ktoś ma ochotę – radzę się pośpieszyć, póki to miejsce nie zamieni się w kolejne, zwykłe muzeum.

Pierwsze zadania trzeciego epizodu obejmowały parowozownię. Cierpliwość, z jaką wszyscy kolejarze odpowiadają na każde możliwe pytanie i kompletny brak znudzenia, gdy opowiadają po raz milionowy, dzień w dzień, te same historie jest zadziwiająca. Ci ludzie muszą naprawdę lubić swoją pracę i mają autentyczną chęć dzielić się swoją pasją z innymi. (foto z podpisem z mierzenia czasu obrotnicy).

Niestety nie mogliśmy spędzić w Wolsztynie tyle czasu, ile byśmy chcieli (kilku dni). Byliśmy umówieni na zwiedzanie zamku w Krośnie Odrzańskim. Ta wizyta zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. Niewiele osób w centralnej Polsce zdaje sobie sprawę że zachodnie ziemie do tej pory nie zostały odbudowane po zniszczeniach wojennych. Czy raczej – nigdy nie zostaną odbudowane. Co więcej – te zniszczenia wojenne tylko w znikomym stopniu łączą się z działaniami frontowymi. Obszary zachodnie Polski były do Drugiej Wojny Światowej regionem, na którym kwitnęła wysoko rozwinięta, europejska cywilizacja. Był to świetnie prosperujący obszar z siecią miast i miasteczek z ciągłą historią od czasów średniowiecza. To wszystko skończyło się w roku 1945. To, co nie zostało zniszczone podczas wojny, zostało częściowo systematycznie rozkradzione, a częściowo rozmyślnie zdewastowane. To czego nie zrabowano (w Krośnie ułożono linię wąskotorową z centrum do stacji kolejowej w celu usprawnienia rozbiórki średniowiecznego starego miasta) i nie spalono, zapuszczono przez następne pół wieku, a czego nie zapuszczono – nieodwracalnie przekształcono. Zazwyczaj zniszczenia te przypisuje się Armii Czerwonej i częściowo jest to słuszne. Ale tylko częściowo – gros prac wykonaliśmy my. I nie jest to tylko kwestia lat tuż powojennych – bezcenne zabytki nigdy nie były tam nawet zabezpieczone, a ich aktywna rozbiórka ciągnęła się przez lata 60te aż do lat 80tych. Zresztą nie łudźmy się - ta dewastacja trwa i współcześnie. Krosno robi wstrząsające wrażenie. Ta okolica, otoczona malowniczymi skarpami Odry, które kiedyś porastały winnice a teraz – klocki bloków model wiejsko-PGRowski i bezwładna zabudowa, musiała być kiedyś piękna. Teraz w środku tego, co kiedyś było starówką straszą kałuże parkingu PKSów i niechlujna zabudowa. Nic tego nie odmieni – nawet pasja (niektórych) współczesnych mieszkańców, którzy zbierają resztki z tego, co zachowało się po świetności miasta – bibeloty i drobne pamiątki po dawnych mieszkańcach. Wszystko to w odbudowywanym od kilku lat zamku – tylko czemu z Ytonga i terakoty z Ikei?! Patrząc na Krosno, na pobliski Kostrzyn nad Odrą, z którego starówki zostały sterczące do dziś pomiędzy linia kolejową a przejściem granicznym ruiny, na mijane wioski straszone kilkudziesięciometrowymi szczerbami w zabudowie, na zwijane pracowicie przez PKP linie kolejowe (stosy równo poukładanych podkładów, szyn już dawno nie ma), na mosty do nikąd i ruiny kościołów, nie da się obronić przed myślą, że nie ma się co cieszyć, że te ziemie trafiły do Polski. Nikomu nie wyszło to na dobre – ani mieszkającym tu ludziom, ani spuściźnie historycznej, kulturowej i ekonomicznej tych ziem.

Kończąc z tą dygresją – z Krosna w kolumnie pod przewodnictwem Syreny dotarliśmy pod jeden z bunkrów Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego. MRU to miejsce, którego nie da się zwiedzić w ciągu krótkiej wizyty, ale to co zobaczyliśmy daje niezłą lekcję poglądową. Trzy niepozorne kopuły pancerne na wzgórku okazują się dwukondygnacyjnym bunkrem, który jest zwieńczeniem ogromnego, idącego 30 metrów w ziemię szybu, prowadzącego do rozległych koszar i ciągnącego się w ciemność korytarza, będącego jedynie odnogą prowadzącą do najbliższej stacji kolei podziemnej. Kompleks MRU jest niesamowitą atrakcją, szkoda tylko że tak mało wykorzystaną turystycznie. Chętni na zwiedzanie muszą się zadowolić oglądaniem malutkich wycinków kompleksu, którego wartość polega głównie na jego rozległości, bądź zwiedzanie nielegalne – ale to wiąże się z walką z miłośnikami nietoperzy, krat i murowania. No cóż, może kiedyś. Jeśli ktoś nie zgadł, zwiedzany bunkier, jak większość tego typu instalacji, mimo ogromu włożonych w budowę kompleksu prac, gdy przyszło co do czego na nic się Niemcom nie przydał.

Po wyjściu z podziemi udaliśmy się przez Kostrzyn w kierunku kaplicy Templariuszy w Chwarszczanach. Do tej ciekawej budowli dotarliśmy po zmroku, mijając pod drodze urokliwe okolice i upraszczając sobie drogę skrótem, którego od czasów niemieckich używają chyba tylko traktory i terenówki. Na szczęście Garbus, nawet cal-lookowy, terenu się nie boi i udało nam się przejechać wszystkie błotne brody i pokrzywiony bruk.

Końcowymi zadaniami czwartego etapu rajdu była wizyta w wiosce–bazarze Osinów Dolny z jej salonami fryzjerskimi, stacjami benzynowymi, sklepami motoryzacyjnymi i burdelami oraz liczenie licznych stopni pięknego pomnika bitwy (238? 245? 235? Wracamy!) pod Cedynią, a także dobrych i złych konnych rycerzy na psychodelicznej mozaice u podstawy Góry Czcibora, zwieńczonej dumnie wygrażającym dziobem podłym Teutonom pokracznym orłem (oczywiście że piastowskim).

Meta została ulokowana w miejscowości Piasek, w dawnej leśniczówce, później stanicy WOPików, prowadzonej przez ekscentrycznego właściciela - miejsce godne polecenia, a droga doń prowadząca malowniczą doliną Odry to czysta przyjemność dla każdego prawdziwego kierowcy.

I na tym skończył się ostatni etap Rajdu 4000. Pozostało już tylko liczenie punktów, spory interpretacyjne rozstrzygane przez prawie prawdziwego sędzię i wieczorna zabawa, toczona pod hasłem wojny podjazdowej między miłośnikami zasłużonego snu i tradycyjnie polskiego alkoholu. A potem już tylko 600 km do domu.

 Statystyki:
Liczba załóg: 5 (4 VW Garbusy i 1 Duży Fiat)
Liczba drużyn: 3
Auta organizatorów: VW Garbus i Mini

 

 

 

Zmieniony ( 12 grudnia 2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2010 Garbiarnia
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.