W tym roku, podobnie jak w poprzednim, postanowiliśmy spędzić pierwszy weekend lipca na zlocie European Bug In w Chimay w Belgii. Tym razem wyruszyliśmy w podróż sami, jeden garbus, dwie osoby. Plan dojazdu nie był zbyt napięty, zakładał start z Warszawy 1 lipca rano, nocleg na kempingu w Wolfsburgu, następnie dotarcie do Belgii w czwartek.
W tym roku, podobnie jak w poprzednim, postanowiliśmy spędzić pierwszy weekend lipca na zlocie European Bug In w Chimay w Belgii. Tym razem wyruszyliśmy w podróż sami, jeden garbus, dwie osoby. Plan dojazdu nie był zbyt napięty, zakładał start z Warszawy 1 lipca rano, nocleg na kempingu w Wolfsburgu, następnie dotarcie do Belgii w czwartek. Po zlocie powrót do Warszawy również z odpoczynkiem w Wolfsburgu. Pozwalało to pokonywać trasę bez zbytniego wysilania się i z marginesem na ewentualne opóźnienia. Podróż autostradami pozwala pokonywać duże odległości w szybkim tempie, choć Garbus z krótką skrzynią plącze się na nich gdzieś pomiędzy ciężarówkami, od których jest szybszy i osobówkami, które najczęściej utrzymują wyższą prędkość przelotową. Garbusa powstrzymuje jednak huk silnika i wskaźnik temperatury oleju, którego wskazówka uporczywie goni wskazówkę prędkościomierza i nawet jeśli nie osiąga niepokojących regionów, to jednak powstrzymuje przed wciskaniem pedału gazu. Oczywiście droga nie składała się z samych autostrad – tego doczekają może nasze wnuki. W Polsce trzeba było najpierw przebić się przez Warszawę, potem dotrzeć do autostrady, a na końcu pokonać odcinek między autostradą a granicą. Ku naszemu lekkiemu zaskoczeniu nie opóźniły nas po drodze żadne korki, ani w Polsce ani w Niemczech. Tak czy siak utrzymanie przyzwoitej dziennej prędkości średniej wymagało ograniczenia czasu spędzonego na postojach. Samochód spalał między 7,7 s 8,2 litra/100 km przy średnich dziennych prędkościach między 80 a trochę ponad 100 km/h.
Na zlot dotarliśmy w czwartek w godzinach popołudniowych. Mimo iż oficjalnie rozpoczynał się on dopiero w piątek, po okolicy kręciło się już sporo garbusów, a pole namiotowe powoli się zapełniało. W tym roku zauważyliśmy trochę zmian, które w sumie wyszły chyba na dobre. Po pierwsze, nareszcie można było poczuć się zlotowo rozbijając obozowisko w bezpośrednim sąsiedztwie całego wydarzenia – w zeszłym roku było to zarezerwowane głównie dla uczestników wyścigów, show&shine oraz innych wydarzeń zlotowych. Co prawda nie była to bariera nie do pokonania, ale i tak duża cześć uczestników spała na okolicznych kempingach. Druga zmiana to możliwość wjazdu na teren zlotu dla wszystkich, którzy przyjechali garbusami oraz innymi busami, trackerami, karmannami itp. Dzięki tej zmianie teren show&sine zapełnił się po brzegi samochodami a oglądaniu pojazdów nie było końca. Z drugiej strony nie było już niezapomnianego parkingu tylko dla samochodów chłodzonych powietrzem – jazda wzdłuż kilkuset metrów zaparkowanych prostopadle klasycznych VW była mocnym punktem tego zlotu. Coś za coś.
W tym roku dopisała wspaniała pogoda. Można nawet powiedzieć, że było trochę za gorąco, a przed słońcem trudno było się schować, ale wolimy to niż deszcz. Piątek, sobota i niedziela na zlocie upłynęły pod znakiem wyścigów na ¼ mili, slalomu, który w tym roku został usytuowany w bezpośrednim sąsiedztwie bramy wjazdowej oraz zabaw terenowych. Nasza uwaga skupiła się oczywiście na wyścigach, które odbywały się przez cały dzień z niewielkimi przerwami. W miarę upływu czasu na torze pojawiały się coraz mocniejsze samochody, a odgłosy silników przybierały na sile. Wyścigi były organizowane bardzo sprawnie, samochody puszczane w zasadzie bez większych przerw. Jak zwykle bardzo dbano o bezpieczeństwo i sprawdzano toru po każdej, nawet najmniejszej awarii samochodu startującego, usuwając każdą podejrzaną plamkę. Jako, że tor nie był zbyt przyczepny, obyło się bez większych problemów i dłuższych przestojów.
Na terenie zlotu było dużo pawilonów z częściami i gadżetami. Można było obejrzeć z bliska wszystko to co z reguły mamy przyjemność oglądać jedynie w katalogach, skorzystać ze specjalnych Bug in-owych promocji cenowych, czy porozmawiać z producentami o ich produktach. Swoje miejsce miały również namioty z częściami używanymi, gdzie również można było utrafić ciekawe okazje i rarytasy.
Warto było dotrzeć na ten zlot. Jego głównym atutem była duża liczna różnorodnych samochodów, które dotarły. Było tak dużo Volkswagenów wartych uwagi, że trudno było je oglądać – samochody które normalnie mogłyby pochłonąć kilka godzin oględzin i dyskusji na temat zastosowanych w nich rozwiązań ginęły w tłumie innych, o podobnej jakości. Nie ma co wspominać o tym, że modele rzadsze, których pojawienie się na mniejszych zlotach wzbudza sensacje, tutaj były normą – u nas jakikolwiek Bulik, Karmann, czy Garbus Split budzi sensację – tu były ich dziesiątki.
W tym roku opuszczaliśmy zlot w niedzielę wczesnym popołudniem, przed jego oficjalnym zakończeniem, w momencie gdy kolejki do wyścigów były długie, a pole show&shine pełne. Trochę szkoda, ale miało to jednak tą zaletę, że pozwoliło nam zachować nam w pamięci w pełni rozkręconą imprezę, a nie pustoszejący plac po którym hula wiatr.
W trakcie zlotu, korzystając z bliskości Francji zdecydowaliśmy się odwiedzić malownicze, ufortyfikowane miasteczko Rocroi. Natomiast w drodze powrotnej, korzystając z luźnego dnia, zwiedziliśmy jeszcze turystyczną trasę Pętli Boryszyńskiej. To doskonale dopełniło ten krótki urlop. To już ostatni Bug In w tej formule. Organizatorzy zapowiadają następną, czwartą imprezę za dwa lata, ale nie wiadomo jeszcze, jak będzie ona wyglądać. Naszą wyprawę uważam za naprawdę udaną. Przez te 6 dni zrobiliśmy 3025 km. 






|