Zadra - masz super ojca.
A moja historia jest taka - mam na imie Konrad i jestem alkoholikiem ...wróć to nie to forum !!!
Z moim garbatkiem było tak : na garby zachorowałem jak miałem ok.12 lat - znalazłem wtedy w młodym Techniku opis pieknego 1302S,moja choroba jeszcze sie pogłębiła gdy mój sasiad kupił sobie 1200 z początku 60-tych lat i parokrotmie podwiózł mnie nim do szkoły jak autobus opuścił kurs (kiedyś tak było).
Przez te wszystkie lata zbierałem katalogi,opisy do garbów - mam to wszystko do dziś. Jak zrobiłem prawo jazdy to myślałem że to juz ten czas aby nabyć garba,ale dostałem od ojca Ładę 1500,w sumie też byłem z nia troche emocjonalnie związany i hulałem nia przez 4 lata. To było dośc ciekawe auto-paliła jak szalona,przygody miałem z nia masakryczne,po remoncie dostała cylindry od Fiata 132 i miała super kopa i osiagi. Jak skończyła 25 lat i uzywanie jej zaczeło zagrazac zyciu,a i naprawiać za bardzo sie nie opłacało sprzedałem ja za rekordowe 400 zł,niestety w krótkim czasie poszła na części.
Jak widziałem że Władzia jest w stanie agonalnym rozpoczałem juz poszukiwania upragnionego garba- w ogłoszeniach,necie,po komisach.
Nie nastawiałem sie na jakiś konkretny model-wolałem żeby był to 1200,ale nie byłem w tym utwierdzony - nie planowałem też kupna auta do remontu.
Byłem ogladać garby u właścieili - fajne były,ale zaden jakoś mnie nie powalił. Wygrzebałem jedno ogłoszenie z Krakowa - '84,1200,stan dobry.Zadzwoniłem do własciela,nota bene tancerza z zawodu,ten zapraszał serdecznie na ogledziny,przyznał niesmiało że autko "trzeba pomalować". Pojechałem z ojcem na ogledziny zajechaliśmy pod kamienice-stało tam coś takiego - garb w stanie blacharskim opłakanym,złota polska młodzież z owej kamienicy czesto sprzedawała mu kopy,lewy błotnik zółty,maska pomalowana (chociaz ja bym tego malunkiem nie nazwał) na paskudny czerwony,reszta rdzawo srebrna. Mój ojczulek wyrzekł wtedy pamietne słowa,ktore mu czesto wypominam jak chwali mój wozik "jak to ten to wybij sobie z głowy".Za chwile pojawił sie własciciel i wtedy okazało sie że TO TEN. Ogledziny za pomyślnie nie wypadły bo garbik nawet nie odpalił,poza tym w środku był straszny chlew bo koles nie zdązył posprzatać. Odjechalismy,własciciel dół bo autko stało juz tam 1,5 roku ijego koniec zblizał sie nieuchronnie.
Ale coś to biedne autko nie dawało mi spokoju,w sumie to było mi go nawet żal że musi tam stać zdany na łaske i niełaske dresów z bramy. Poza tym trudno to wyjaśnić - chociaż ogladałem 10 innych do sprzedazy to akurat ten mnie ujał.
Zacząłem perswadować staruszka,mówiłem mu że tomłody rocznik,poj.1200(chociaz dzisiaj wiem ze od rocznika zalezy stosunkowo niewiele)udało sie - zadzwoniliśmy do kolesia i umówilismy sie ze jesli załatwi nowy akumulator i silnik bedzie ok. to go wezmiemy. Facio uradował sie niezmiernie,chociaz jak spóżnilismy 2 dni z przyjazdem zaczał dzwonic ze nagle zrobiło sie straszne zainteresowanie tym samochodem i wszyscy o niego pytaja - rzadki kit. Bez zadnego targowania koleś zaproponował zjechanie z ceny 5500 (śmiech na sali) do 3 tys - to i tak za duzo,ale dostałem nowy akumulator,opony,troche części i wszelkie narzedzia. Cieszył sie poza tym ze autko w dobre rece idzie bo mieli go od 1988 r. i czuli sie zwiazani emocjonalnie,tylko nie mieli kasy ani czasu na generalny remont blachy.
I stało sie 14 lipca 2000 r. stałem sie właścicielem mexa 1200 w stanie blacharskim opłakanym,ale i tak dla mnie on był najfajniejszy na świecie. Podróz z Krakowa do mnie chociaz to tylko 120km to była najlepsza przejażdzka z życiu.Decyzji absolutnie nie załuje,tym bardziej ze poza blacha cała reszta okazała sie byc w super stanie. Tych emocji zwiazanych z kupowanie garbika nie zapomne nigdy. Tyle bo mnie palce bola.
