Miałem jechać z sąsiadem jego samochodem. Jeden dzień, robimy co trzeba i wracamy, on asekuruje na wypadek awarii.
W niedzielę rano na pytanie: ile to twoje pali, odparł, że samochód rozbił trzy lata temu i był pewien, że to ja załatwiam transport.
Nic to, postanowiłem jedziemy do Gniezna koleją... przez Tczew od 23 do 8:30, bo innych połączeń poza IC oraz EC zabrakło.
W niedzielę wieczorem okazało się, że jadę sam. Wujkowi sąsiada w firmie padła sieć, toteż stał się niezbędny.
Nic to, postanowiłem, pojadę sam. Gotówki do pociągu nie zabiorę, ale też przelewu z konta Lubej nie zrobię, bo fuzja Pekao i BPH, wziąłem jej kartę i sru.
Wybrałem się jak zwykle za późno. Szczęście mi jednak sprzyjało i jak tylko wysiadłem przy Al. Zielenieckiej podjechał tramwaj. To ja biejiem, a tu radiowóz, że niby na czerwonym. Było na czerwonym, ale policzyli za niedozwolone miejsce (50,- zamiast 250,-) i jeszcze podwieźli na Wschodni. Myślałem - kasy nie mam, to się wyśpię w pociągu, co by wieczorkiem wrócić.... REZERWA
i ułani wędrowali do Tczewa, gdzie przesiadłem się na Gniezno i wreszcie 3 godzinki podrzemałem.
Na miejscu prosto do bankomatu. Wstukałem PIN, potem 4... i bankomat się zawiesił. Głupia sprawa, bo jak odejdę, to ktoś wyczyści konto, zostanę... sprzedawca i warsztat umówiony. Zadzwoniłem do Euronetu, powiedzieli, że zrobią reset, ale tak, żeby karta wylazła. Zrobili reset raz. Otworzył się pulpit windy (NT 4.0), ale ze zminimalizowanym programem bankomatu. Po chwili znów reset i znów... i "Out of Order". Oczywiście kartę zeżarło. Zrobiła mi luba przelew. Miał dojść o 15.
Przekonałem sprzedawcę, że mimo to warto już jechać do warsztatu, najwyżej zrobi hamulce w jego VW. W warsztacie już kanał był zajęty (bo nas nie było), i zanim zjechało jakieś reno
zrobiła się 15 i perspektywa pozostania do rana. Ale, o dziwo, przelew dotarł. Podwiózł mnie sprzedawca do INNEGO bankomatu... a tu limit wypłat 2000,-. W samym samochodzie, mechaniku i hotelu się nie wyrobię. Jeszcze 3-4 razy drałowaliśmy po części. Niestety, z nie szczelniej butli uciekł tlen i nie można było nic zrobić w sprawie tłumika. Oderżnięty spoczął w bagażniku - będę jechał bez. W końcu
Red Diavolo
, nadal bez świateł postojowych, wyjechał z warsztatu. Został na podwórku jako zastaw.
Ponieważ zdechłem o 18, już o 4 rano wybrałem się do bankomatu. Wieczorem Luba zwiększyła limit wypłat na moim koncie i mogłem zabrać tyle, ile było potrzeba. Zapłaciłem za samochód, warsztat. I jedziemy. I tu znów zabawa, bo padł akumulator. Był za duży podobno na tą prądnicę i przez to mało wydajny (a do naprawiania świateł nadwyrężyłem go nieco dnia poprzedniego. Podpięliśmy do drugiego na druty i w drogę, może prądnica trochę go podładuje.
Do stacji benzynowej za Gnieznem (gdzie podobno nie chrzczą) asekurował mnie właściciel. W połowie drogi zaniepokojony miganiem na mnie (nowe dla mnie zjawisko) zjechałem na parking sprawdzić, czy aby naprawa świateł nie była mało trwała. Okazało się, że to nowe dla mnie doświadczenie spowodowane jest samochodem jako takim, nie światłami (które działały). Skoro wszystko działa to jedziemy. A tu Gucio. Aku zdechł całkowicie. Zatem rundka do Gniezna, zakup nowego, właściwego i naładowanego. Pożegnałem się z facetem (bo by mnie za chwilę pobił) i już bez przeszkód, z fanfarami beztłumikowego boxera i rozkosznymi strzałami z gaźników dojechałem do stolycy. Całkiem wykończony, szcególnie remontami od Konina do końca, ruchem wahadłowym itede, na wpół głuchy i całkiem wyziębiony dotarłem na miejsce. Zostało jeszcze tylko jedno, Luba chciała podjechać do najbliższego sklepu. Ja wycofując wpakowałem się w zderzak służbowej Skody SuperB największego pieniacza na osiedlu. Już nici z przejażdzki. Strat nie ma, ale mnie sądem straszy (choć auto pochwalił
). Teraz świętuję piwkiem palonym i jutro o siódmej do tłumikarza. Mam nadzieję, że to wyjazd, nie samochód był pechowy. 
W niedzielę rano na pytanie: ile to twoje pali, odparł, że samochód rozbił trzy lata temu i był pewien, że to ja załatwiam transport.
Nic to, postanowiłem jedziemy do Gniezna koleją... przez Tczew od 23 do 8:30, bo innych połączeń poza IC oraz EC zabrakło.
W niedzielę wieczorem okazało się, że jadę sam. Wujkowi sąsiada w firmie padła sieć, toteż stał się niezbędny.
Nic to, postanowiłem, pojadę sam. Gotówki do pociągu nie zabiorę, ale też przelewu z konta Lubej nie zrobię, bo fuzja Pekao i BPH, wziąłem jej kartę i sru.
Wybrałem się jak zwykle za późno. Szczęście mi jednak sprzyjało i jak tylko wysiadłem przy Al. Zielenieckiej podjechał tramwaj. To ja biejiem, a tu radiowóz, że niby na czerwonym. Było na czerwonym, ale policzyli za niedozwolone miejsce (50,- zamiast 250,-) i jeszcze podwieźli na Wschodni. Myślałem - kasy nie mam, to się wyśpię w pociągu, co by wieczorkiem wrócić.... REZERWA
Na miejscu prosto do bankomatu. Wstukałem PIN, potem 4... i bankomat się zawiesił. Głupia sprawa, bo jak odejdę, to ktoś wyczyści konto, zostanę... sprzedawca i warsztat umówiony. Zadzwoniłem do Euronetu, powiedzieli, że zrobią reset, ale tak, żeby karta wylazła. Zrobili reset raz. Otworzył się pulpit windy (NT 4.0), ale ze zminimalizowanym programem bankomatu. Po chwili znów reset i znów... i "Out of Order". Oczywiście kartę zeżarło. Zrobiła mi luba przelew. Miał dojść o 15.
Przekonałem sprzedawcę, że mimo to warto już jechać do warsztatu, najwyżej zrobi hamulce w jego VW. W warsztacie już kanał był zajęty (bo nas nie było), i zanim zjechało jakieś reno
Ponieważ zdechłem o 18, już o 4 rano wybrałem się do bankomatu. Wieczorem Luba zwiększyła limit wypłat na moim koncie i mogłem zabrać tyle, ile było potrzeba. Zapłaciłem za samochód, warsztat. I jedziemy. I tu znów zabawa, bo padł akumulator. Był za duży podobno na tą prądnicę i przez to mało wydajny (a do naprawiania świateł nadwyrężyłem go nieco dnia poprzedniego. Podpięliśmy do drugiego na druty i w drogę, może prądnica trochę go podładuje.
Do stacji benzynowej za Gnieznem (gdzie podobno nie chrzczą) asekurował mnie właściciel. W połowie drogi zaniepokojony miganiem na mnie (nowe dla mnie zjawisko) zjechałem na parking sprawdzić, czy aby naprawa świateł nie była mało trwała. Okazało się, że to nowe dla mnie doświadczenie spowodowane jest samochodem jako takim, nie światłami (które działały). Skoro wszystko działa to jedziemy. A tu Gucio. Aku zdechł całkowicie. Zatem rundka do Gniezna, zakup nowego, właściwego i naładowanego. Pożegnałem się z facetem (bo by mnie za chwilę pobił) i już bez przeszkód, z fanfarami beztłumikowego boxera i rozkosznymi strzałami z gaźników dojechałem do stolycy. Całkiem wykończony, szcególnie remontami od Konina do końca, ruchem wahadłowym itede, na wpół głuchy i całkiem wyziębiony dotarłem na miejsce. Zostało jeszcze tylko jedno, Luba chciała podjechać do najbliższego sklepu. Ja wycofując wpakowałem się w zderzak służbowej Skody SuperB największego pieniacza na osiedlu. Już nici z przejażdzki. Strat nie ma, ale mnie sądem straszy (choć auto pochwalił
). Teraz świętuję piwkiem palonym i jutro o siódmej do tłumikarza. Mam nadzieję, że to wyjazd, nie samochód był pechowy. Nic.
Nic.
Nic, ale to zupełnie nic.
Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.
Nic.
Nic, ale to zupełnie nic.
Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.
On po prostu chciał podkreślić swoją wyjątkowość 