Olo - jeżdżę, a właściwie to moja żona jeździ, bo to oprócz mnie i córki

to jedyna, mam nadzieję miłość, Garbuskiem z '69 roku. Wiąże się z nim ciekawa historia. Garbuska kupiliśmy w Słupsku, tak więc do Wrocławia mieliśmy spory kawałek. Ponieważ miłość mojej żony do Garbiego należy do tych od pierwszego wejrzenia, stan w jakim go kupiliśmy nie miał znaczenia. A był to stan delikatnie mówiąc nie najlepszy. No ale jakoś tam turlaliśmy się na południe, a ponieważ było gorąco jak cholera, ledwo co dyszeliśmy - oczywiście Garbi też. Na tyle mu było gorąco, że w Poznaniu odmówił posłuszeństwa. I tu rzecz najciekawsza, świadcząca o tym, że chyba dobry los czuwa nad garbuskami - nasz odmówił posłuszeństwa jakieś 1000 m od warsztatu pana Drabika (niewtajemniczonych informuję, że jest to mechanik specjalizujący się w naprawie garbusów od prawie 30 lat). Po wstępnych oględzinach gość się załamał, co niestety nam też się częściowo udzieliło. No ale wyjął jakieś papiery z dmuchawy, powiedział, że to od przegrzania no i odpalił autko. Pożegnaliśmy się i odjechaliśmy. Ujechaliśmy raptem kilkaset metrów i znowu awaria - tym razem pękła linka sprzęgła. Przyznam szczerze mieliśmy dość. Zadzwoniliśmy po pana Drabika ponownie. Po chwili dyskusji postanowiliśmy zostawić autko właśnie u pana Drabika celem przywrócenia go do stanu używalności, tak że do Wrocławia wróciliśmy pociągiem. Po 2-3 miesiącach odebraliśmy go z super wyremontowanym silnikiem i zawieszeniem. Tym samym chciałbym przy okazji podziękować panu Drabikowi za dobrą robotę. Garbusek pracuje jak żyleta i nawet po kilkutygodniowym postoju odpala na dotyk.