Jeździłem w zimie przynajmniej kolka razy w tygodniu, co by sie nic nie zastało. Było miło, ale teraz będzie milej. Chociaż w tym roku miałem już całkiem sprawne i wydajne ogrzewanie, skrobaczkę i niezawodny wentylator Zefirek na szybę przednią.
Bilans:
- rdzawa paskuda tu i tam na lakierze (zamaluje się),
- to samo na zderzakach (wyczyszczone i nawoskowane - prawie jak nowe),
- no i to samo na deklach ( przekładam koła na inne)
- ułamana szczotką od odśnieżania antena ( znalazłem w śniegu i wetkałem na miejsce - radio gra, a w zapasie fajna antenka od Gina)
Ogólnie - nie było tak strasznie, chociaż ciepłe galoty się przydały, W zamian mnóstwo fajnych bączków i innych ślizgów na śniegu i lodzie. I poczucie wyższości, gdy Garbus w największe mrozy zapalał zwykle bez problemu, chociaż do garażu się nie zmieścił. A na ulicach roiło się od ludzi pozyczających prąd z innych aut albo noszących akumulatory na noc do mieszkań.
Jazda z widokiem przez mały lufciki czołgowy wyskrobywany co chwilę w oszroniałej przedniej szybie też był przeżyciem
