Czołem. Przed kilkoma miesiącami witałem się ze wszystkimi w dziale powitań. Pisałem tam, że jadę po kilku latach do ludzi, którym sprzedałem swojego Garbusa (niestety wtedy byłem zmuszony...), spróbować go odzyskać. A było to tak... Po blisko trzech latach od sprzedaży było mi tak źle bez Garbusa, że postanowiłem zakupić kolejny egzemplarz w moim życiu.
Zanim jednak rozpocząłem na dobre poszukiwania kolejnej sztuki, postanowiłem, że spróbuję odzyskać Garbusa, którego sprzedałem kilka lat wstecz. Najpierw udałem się do mojej mamy, gdzie miałem umowę kupna- sprzedaży, gdyż chciałem sprawdzić dokładny adres osoby, której samochód sprzedałem. Niestety, okazało się, że na umowie zapomniałem wpisać dokładnego adresu kupującego i dysponowałem tylko nazwą miejscowości. Szanse już na starcie miałem więc minimalne.
Ostatecznie postanowiłem podjąć to wyzwanie i moją Skodą (samochód codziennego użytku) pojechałem do owej miejscowości (około 50 kilometrów) by w ciemno pytać się ludzi o nazwisko osoby, która zakupiła ode mnie Garbusa. I tak też zrobiłem. Gdy dojechałem na miejsce, okazało się, że nie jest to wcale wioska z kilkoma domami, a miejscowość z kilkoma blokami, domami etc. Rozpocząłem rozpytywanie: pierwsza osoba zdziwiona i nic, druga patrzy zdziwiona i mówi, że nie zna, kolejna także nic, dalej nic i nic... Pomyślałem sobie tak: dobrze, próbowałem odzyskać, walczyłem ale niestety nie udało się, więc czas wracać i rozpocząć poszukiwania innego egzemplarza. Już właściwie wyjeżdżałem z tej mieściny, patrzę, a jakiś chłopak kosi trawę przed domem, więc zatrzymałem się po raz ostatni, by spróbować ostatni raz. Pytam, a on znów mówi, że nie kojarzy i dodaje: "zaczekaj, zawołam wujka, on zna tu wszystkich..." I wyszedł starszy pan. Pytam i... "Tak, znam, ale to druga część miejscowości, około kilometr do torów kolejowych, w prawo i przez las, po czym zobaczy pan tam dom, ale pewnie ich nie będzie, bo są w pracy..." A wie pan może czy mają starego Garbusa? "Tak, czasami nim jeździli, ale długo już nie widziałem... on handlował, kupował, sprzedawał..." A kolor jaki? "Hmm. chyba czerwony, ale nie pamiętam..." Kurde, lipa pomyślałem, bo pamiętałem, że jak go kupowali mówił facet żonie, że przemaluje go z oryginalnego białego na czerwono. Ale nic to- ważne, że mam adres, trop. Jadę! Dotarłem na miejsce... patrzę przez drewniane ogrodzenie i jest! Biały Garbus Wolf (takie nosi imię...), stoi w trawie jakbym im wczoraj go przyprowadził! Pierwszy etap misji zakończył się powodzeniem!
Dzwonię dzwonkiem raz, drugi, trzeci... do piątego czy szóstego razu. Nic, nie ma nikogo w domu. Co robić? Zostawiam kartkę w skrzynce o treści: Proszę o pilny kontakt w sprawie samochodu pod numerem telefonu 6... Paweł. Co ciekawe na posesji oprócz Garbusa stały jeszcze dwa inne samochody, więc dałem facetowi do myślenia. Wróciłem do Bydgoszczy i pojechałem do pracy.
Jestem kierowcą autobusu i nie odbieram właściwie telefonów prowadząc autobus z pasażerami, ale gdy po kilku godzinach telefon zadzwonił odebrałem. To był facet od Garbusa! Mówię mu, że to ja Paweł, ten od którego kupiliście Garbusa. Cisza w słuchawce i kompletne zaskoczenie z jego strony: "Ooo, a co pana sprowadza po kilku latach?" A ja na to tak: powiem krótko, wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale czy jest możliwość odkupienia Garbusa z powrotem?
Po raz drugi cisza w słuchawce.
"Yyy, wie pan co... pamięta pan, chcieliśmy go remontować, malować, ale otworzyłem firmę, potrzebuję ciągle kasy na maszyny, tokarki, żona w ciąży..." Poczułem małą nadzieję. Facet kontynuował: "Wiem, że z żalem pan sprzedawał, że będzie zrobiony, a ja znów przez rok, czy dwa nie zrobię... jestem wstępnie za, tylko żona raczej się nie zgodzi, ale zadzwonię wieczorem i dam odpowiedź." Wierzyłem i kilka godzin oczekiwania stało się wiecznością, ale telefon niestety milczał. Pomyślałem, że to koniec i pewnie baba go zblokowała. Nocka była ciężka. 
Na drugi dzień, żeby się nie narzucać wysłałem mu tylko sms-a przypominając, że oczekuję na informację. Po około dwóch godzinach telefon zadzwonił. "Witam, mam dobrą wiadomość- przekonałem żonę i samochód jest do odbioru. Możemy się umówić na jutro, albo za tydzień, bo wyjeżdżam." A ile kasy? "Yyy, no nie będziemy się wydurniać, daliśmy 3900 i tyle chcemy z powrotem." W porządku, będę jutro około południa. 99% szans na odzyskanie jest. Wiadomo, póki nie ma umowy nie ma się co cieszyć.
Rano pojechałem z kolegą na godzinę zagrać w tenisa i następnie po Garbusa. Powitanie i po trzech latach otwieram drzwi Wolfa, a tam najmniejszych zmian. Wiecie ile kilometrów zrobili tamci ludzie? Okrągły... tysiąc! Praktycznie nic. Szok. Przejechałem się z 4-5 kilometrów i szybko spisaliśmy umowę. Mam Garbusa, dokumenty, umowę z podpisem... uff, udało się! Na zakończenie transakcji dałem facetowi flaszkę dobrej wódki. Ot, za całokształt. Co ciekawe facet wspomniał, że kilka razy zatrzymywali się ludzie i pytali o możliwość zakupu Garbusa kładąc nawet 5-6 tysięcy, ale wtedy nie chciał go oddać, bo jeszcze kasy nie potrzebował. Tak miało być. Garbus wrócił do mnie! Tym razem już na zawsze!
Ruszyłem do Bydgoszczy i trasa przebiegła bez najmniejszego kłopotu, no poza jednym momentem, gdy przy prędkości około 90 km/h silnik w ciągu kilku sekund osłabł i zgasł. Otworzyłem klapę z tyłu, korek oleju i... pssssssyyy i dymek. Pomyślałem, że lipa, ale po minucie odpoczynku odpalił i kolejne 2 tygodnie jeździł bez najmniejszych kłopotów. Garbus znów jest ze mną!
Plan był taki- przeglądam z kolegą co trzeba poprawić, żeby sezon przejeździć i na wiosnę odstawić do konkretnego remontu. Kolega jest blacharzem, więc miał w kilku miejscach podszpachlować, podmalować i jazda. Jak zaczęliśmy poprawiać, to wiadomo jak się to skończyło. To tu, a to jeszcze tam, a do tego jeszcze to... Cóż, wyjazd po tygodniu z garażu stał się nierealny. A warto zwrócić uwagę, na to, że robiliśmy przy Garbusie 1-2 dni w tygodniu po 4-6 godzin, więc nie za wiele. Zaprawki, poprawki, nowe amortyzatory, przełączniki, kilka uszczelek, szlifowanie, nadkola (było tragicznie), nieco części, felgi, zderzaki, lampy, kierunki, rozrusznik, wydech, stopnie... Na to wszystko wydałem sporo pieniędzy. Fakt, doprowadziliśmy Garbusa do stanu o wiele lepszego, niż w momencie zakupu, ale jak wszystko przeliczyłem i skalkulowałem, to wyszło mi na to, że mogłem dać go natychmiast do kapitalnego remontu, a nie podpicować na rok czy dwa, bo remont i tak będzie nieunikniony. Ale cóż, zrobiliśmy jak zrobiliśmy i pewnie faktycznie rok czy dwa teraz nim pojeżdżę, po czym będzie trzeba pomyśleć o poważnym remoncie.
Od mojego kolegi, Garbusa odstawiliśmy do jego znajomego mechanika, który miał wymienić tłumik, rozrusznik i sprzęgło. Gdy po kilku dniach przyjechałem do niego przeżyłem szok. Pozytywny! Patrzę a tam wszystko wypicowane, blachy silnika wypiaskowane i polakierowane, wszystko wyczyszczone itd. Kurde, że są jeszcze tacy rzetelni chłopacy, to naprawdę pozytywne zaskoczenie. Wszystko posprawdzał, powiedział co mam zamówić i robi, składa. Sam także stwierdził, że mogliśmy zrobić wszystko od podstaw, ale cóż jest jak jest. Będzie dobrze!
Za kilka dni odbieram samochód w pełni sprawny technicznie, nieco odświeżony. Pocieszę się nim jeżdżąc tydzień czy dwa, po czym do wiosny odstawię go do garażu kolegi. Najważniejsze dwie rzeczy- po pierwsze to, że samochód odzyskałem, a po drugie to, że sporo części jest wymienione, co w przyszłości obniży mi koszty remontu.
W ciągu kilku dni postaram się umieścić nieco zdjęć z mini remontu i odświeżenia mojego Garbusa. Będę miał też do Was kilka pytań i mam nadzieję, że mi pomożecie.
Do zobaczenia na szlaku... Pozdrawiam wszystkich!
Zanim jednak rozpocząłem na dobre poszukiwania kolejnej sztuki, postanowiłem, że spróbuję odzyskać Garbusa, którego sprzedałem kilka lat wstecz. Najpierw udałem się do mojej mamy, gdzie miałem umowę kupna- sprzedaży, gdyż chciałem sprawdzić dokładny adres osoby, której samochód sprzedałem. Niestety, okazało się, że na umowie zapomniałem wpisać dokładnego adresu kupującego i dysponowałem tylko nazwą miejscowości. Szanse już na starcie miałem więc minimalne.
Ostatecznie postanowiłem podjąć to wyzwanie i moją Skodą (samochód codziennego użytku) pojechałem do owej miejscowości (około 50 kilometrów) by w ciemno pytać się ludzi o nazwisko osoby, która zakupiła ode mnie Garbusa. I tak też zrobiłem. Gdy dojechałem na miejsce, okazało się, że nie jest to wcale wioska z kilkoma domami, a miejscowość z kilkoma blokami, domami etc. Rozpocząłem rozpytywanie: pierwsza osoba zdziwiona i nic, druga patrzy zdziwiona i mówi, że nie zna, kolejna także nic, dalej nic i nic... Pomyślałem sobie tak: dobrze, próbowałem odzyskać, walczyłem ale niestety nie udało się, więc czas wracać i rozpocząć poszukiwania innego egzemplarza. Już właściwie wyjeżdżałem z tej mieściny, patrzę, a jakiś chłopak kosi trawę przed domem, więc zatrzymałem się po raz ostatni, by spróbować ostatni raz. Pytam, a on znów mówi, że nie kojarzy i dodaje: "zaczekaj, zawołam wujka, on zna tu wszystkich..." I wyszedł starszy pan. Pytam i... "Tak, znam, ale to druga część miejscowości, około kilometr do torów kolejowych, w prawo i przez las, po czym zobaczy pan tam dom, ale pewnie ich nie będzie, bo są w pracy..." A wie pan może czy mają starego Garbusa? "Tak, czasami nim jeździli, ale długo już nie widziałem... on handlował, kupował, sprzedawał..." A kolor jaki? "Hmm. chyba czerwony, ale nie pamiętam..." Kurde, lipa pomyślałem, bo pamiętałem, że jak go kupowali mówił facet żonie, że przemaluje go z oryginalnego białego na czerwono. Ale nic to- ważne, że mam adres, trop. Jadę! Dotarłem na miejsce... patrzę przez drewniane ogrodzenie i jest! Biały Garbus Wolf (takie nosi imię...), stoi w trawie jakbym im wczoraj go przyprowadził! Pierwszy etap misji zakończył się powodzeniem!
Dzwonię dzwonkiem raz, drugi, trzeci... do piątego czy szóstego razu. Nic, nie ma nikogo w domu. Co robić? Zostawiam kartkę w skrzynce o treści: Proszę o pilny kontakt w sprawie samochodu pod numerem telefonu 6... Paweł. Co ciekawe na posesji oprócz Garbusa stały jeszcze dwa inne samochody, więc dałem facetowi do myślenia. Wróciłem do Bydgoszczy i pojechałem do pracy.
Jestem kierowcą autobusu i nie odbieram właściwie telefonów prowadząc autobus z pasażerami, ale gdy po kilku godzinach telefon zadzwonił odebrałem. To był facet od Garbusa! Mówię mu, że to ja Paweł, ten od którego kupiliście Garbusa. Cisza w słuchawce i kompletne zaskoczenie z jego strony: "Ooo, a co pana sprowadza po kilku latach?" A ja na to tak: powiem krótko, wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale czy jest możliwość odkupienia Garbusa z powrotem?
Po raz drugi cisza w słuchawce.
"Yyy, wie pan co... pamięta pan, chcieliśmy go remontować, malować, ale otworzyłem firmę, potrzebuję ciągle kasy na maszyny, tokarki, żona w ciąży..." Poczułem małą nadzieję. Facet kontynuował: "Wiem, że z żalem pan sprzedawał, że będzie zrobiony, a ja znów przez rok, czy dwa nie zrobię... jestem wstępnie za, tylko żona raczej się nie zgodzi, ale zadzwonię wieczorem i dam odpowiedź." Wierzyłem i kilka godzin oczekiwania stało się wiecznością, ale telefon niestety milczał. Pomyślałem, że to koniec i pewnie baba go zblokowała. Nocka była ciężka. 
Na drugi dzień, żeby się nie narzucać wysłałem mu tylko sms-a przypominając, że oczekuję na informację. Po około dwóch godzinach telefon zadzwonił. "Witam, mam dobrą wiadomość- przekonałem żonę i samochód jest do odbioru. Możemy się umówić na jutro, albo za tydzień, bo wyjeżdżam." A ile kasy? "Yyy, no nie będziemy się wydurniać, daliśmy 3900 i tyle chcemy z powrotem." W porządku, będę jutro około południa. 99% szans na odzyskanie jest. Wiadomo, póki nie ma umowy nie ma się co cieszyć.

Rano pojechałem z kolegą na godzinę zagrać w tenisa i następnie po Garbusa. Powitanie i po trzech latach otwieram drzwi Wolfa, a tam najmniejszych zmian. Wiecie ile kilometrów zrobili tamci ludzie? Okrągły... tysiąc! Praktycznie nic. Szok. Przejechałem się z 4-5 kilometrów i szybko spisaliśmy umowę. Mam Garbusa, dokumenty, umowę z podpisem... uff, udało się! Na zakończenie transakcji dałem facetowi flaszkę dobrej wódki. Ot, za całokształt. Co ciekawe facet wspomniał, że kilka razy zatrzymywali się ludzie i pytali o możliwość zakupu Garbusa kładąc nawet 5-6 tysięcy, ale wtedy nie chciał go oddać, bo jeszcze kasy nie potrzebował. Tak miało być. Garbus wrócił do mnie! Tym razem już na zawsze!

Ruszyłem do Bydgoszczy i trasa przebiegła bez najmniejszego kłopotu, no poza jednym momentem, gdy przy prędkości około 90 km/h silnik w ciągu kilku sekund osłabł i zgasł. Otworzyłem klapę z tyłu, korek oleju i... pssssssyyy i dymek. Pomyślałem, że lipa, ale po minucie odpoczynku odpalił i kolejne 2 tygodnie jeździł bez najmniejszych kłopotów. Garbus znów jest ze mną!
Plan był taki- przeglądam z kolegą co trzeba poprawić, żeby sezon przejeździć i na wiosnę odstawić do konkretnego remontu. Kolega jest blacharzem, więc miał w kilku miejscach podszpachlować, podmalować i jazda. Jak zaczęliśmy poprawiać, to wiadomo jak się to skończyło. To tu, a to jeszcze tam, a do tego jeszcze to... Cóż, wyjazd po tygodniu z garażu stał się nierealny. A warto zwrócić uwagę, na to, że robiliśmy przy Garbusie 1-2 dni w tygodniu po 4-6 godzin, więc nie za wiele. Zaprawki, poprawki, nowe amortyzatory, przełączniki, kilka uszczelek, szlifowanie, nadkola (było tragicznie), nieco części, felgi, zderzaki, lampy, kierunki, rozrusznik, wydech, stopnie... Na to wszystko wydałem sporo pieniędzy. Fakt, doprowadziliśmy Garbusa do stanu o wiele lepszego, niż w momencie zakupu, ale jak wszystko przeliczyłem i skalkulowałem, to wyszło mi na to, że mogłem dać go natychmiast do kapitalnego remontu, a nie podpicować na rok czy dwa, bo remont i tak będzie nieunikniony. Ale cóż, zrobiliśmy jak zrobiliśmy i pewnie faktycznie rok czy dwa teraz nim pojeżdżę, po czym będzie trzeba pomyśleć o poważnym remoncie.
Od mojego kolegi, Garbusa odstawiliśmy do jego znajomego mechanika, który miał wymienić tłumik, rozrusznik i sprzęgło. Gdy po kilku dniach przyjechałem do niego przeżyłem szok. Pozytywny! Patrzę a tam wszystko wypicowane, blachy silnika wypiaskowane i polakierowane, wszystko wyczyszczone itd. Kurde, że są jeszcze tacy rzetelni chłopacy, to naprawdę pozytywne zaskoczenie. Wszystko posprawdzał, powiedział co mam zamówić i robi, składa. Sam także stwierdził, że mogliśmy zrobić wszystko od podstaw, ale cóż jest jak jest. Będzie dobrze!

Za kilka dni odbieram samochód w pełni sprawny technicznie, nieco odświeżony. Pocieszę się nim jeżdżąc tydzień czy dwa, po czym do wiosny odstawię go do garażu kolegi. Najważniejsze dwie rzeczy- po pierwsze to, że samochód odzyskałem, a po drugie to, że sporo części jest wymienione, co w przyszłości obniży mi koszty remontu.
W ciągu kilku dni postaram się umieścić nieco zdjęć z mini remontu i odświeżenia mojego Garbusa. Będę miał też do Was kilka pytań i mam nadzieję, że mi pomożecie.

Do zobaczenia na szlaku... Pozdrawiam wszystkich!
Tylko VW Garbus...
