Hej opowiem wam historię jaką przeżyłem.
Stało się tak, dlatego, że może jako młody użytkownik garbusa nie wiedziałem co i jak i jechałem jak współczesnym autem.
Jechałem garbusem kolegi na zlot z 3 pasażerami i wiadomo namiotami itd. Kolega już był busem na miejscu dzień wcześniej. Przed wyjazdem zmienił olej. Silnik posiadał spory luz wzdłużny.
Jednak mimo to autko było zawsze bardziej zrywne niż moje :p
Gdzieś okolo 110 km od domu jadąc po ekspresówce ze średnią prędkością 100 - 110 (silnik 1.2) i zawsze miał zapas pod gazem nagle zaczął tracic moc, myslałem ze sie przypchał. Lecz gdy zwolnił do 80 zaświecił mi się olej po czym zobaczyłem kłęby dymu za sobą, myślałem że znowu się pale :/
Odczekałem jakies pol godziny, sprawdzilem poziom oleju i ruszylismy, olej sie juz nie swiecil. tym razem jechałem wolniej, lecz zajechałem moze 10 km i bum to samo. Długo nie postałem na pasie bocznym bo po 2 stronie juz służba drogowa się na mnie patrzyła więc znowu sprawdzenie stanu oleju i ruszylismy.
Przejechałem może 3 km i wypluł mi simmering od strony skrzyni. Stałem na autostradzie bez oleju bez pomocy nie swoim autem - mowie świetnie. Znalazłem w bagażniku litr oleju, wlałem doczołgaliśmy sie pod górke.
Wtym czasie słyszałem jak wszystko w silniku juz dzwoni, wiedziałem że to koniec. Stoczył się z gówki, do zjazdu zepchalismy i stoimy.
Całe szczęscie w tym nieszczęsciu, ze jakis laweciarz szukał drogi do Szczecina i był pusty. Pomoglismy mu a on nam i zabrał auto.
Po tych doświadczeniach wiem, ze raczej 100 nie będe przekraczał na długich dystansach. Oczywiscie pamietajmy ze tamten silnik mial spory luz wzdluzny.