mmmmm prosektorium i patoanatomia ... :/
spam/ wypadek FERRARI na mokotowie/niestety TRAGICZNY
Już widziałem to kiedyś. Myślę, że można kilka z tych zdjęć umieszczać na bilboardach w "czarnych punktach". Lepsze niż te malowane wraki.
Nic.
Nic.
Nic, ale to zupełnie nic.
Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.
Nic.
Nic, ale to zupełnie nic.
Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.
Jesli kreca Cie takie rzeczy...
"Nie ubliżając na glebę patrzę się dość negatywnie."
Dzięki temu rzadziej się potykam.
Dzięki temu rzadziej się potykam.
nie , po prostu naoglądałem się tego na żywo ...
"Niestety tragiczny"
To tylko przecieki prasowe i moga byc (oby) rownie niewiarygodne jak te o tym ze swiadek "widzial" ze ferrari jechalo 300 na godzine a prowadzil je ktos w jasnek kurteczce, ale na razie nie brzmi to optymistycznie:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,5073970.html
To tylko przecieki prasowe i moga byc (oby) rownie niewiarygodne jak te o tym ze swiadek "widzial" ze ferrari jechalo 300 na godzine a prowadzil je ktos w jasnek kurteczce, ale na razie nie brzmi to optymistycznie:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,5073970.html
"Nie ubliżając na glebę patrzę się dość negatywnie."
Dzięki temu rzadziej się potykam.
Dzięki temu rzadziej się potykam.
Jadąc dziś do pracy w radio podali info ,że Ziętarski wybudził się już ze śpiączki, jednak świadomości jeszce nie odzyskał.
Niedawno podali ze Zientarski zostal wypisany ze szpitala, ale ekspertyzy lakarskie mowia ze nie moze zostac poddany przesluchaniu wiec sledztwo stoi. Oczywiscie pod spodem zaroilo sie od komentarzy zakompleksionych debili o tym, ze taki znany to sie wymiguje od odpowiedzialnosci, ze paniczyka glowka boli to go prokuratura nie sciga i ze wsadzic go na 25 lat do celi z gwlcicielami. To wszystko mimo smutnego faktu, ze z tekstu jasno wynikalo (teorytycznie lekarze nie wypowiadaja sie na prosbe rodziny ale wniosek byl jeden) jedno - Zientarski zostal wypisany ze szpitala, bo pewnie jego zyciu nie zagraza juz niebezpieczenstwo a wiecej nie moga mu pomoc. Po prostu zyje, ale jest wazywkiem. Przezyl, ale tak naprawde Macka Zientarskiego jakiego pamietamy, niezaleznie czy ktos lubil jego i jego programy (ja wielkim fanem nie bylem) czy nie, juz nie ma. W miedzyczasie trafilem na ciekawy wywiad Najsztuba z Iwaszkiewiczem, m.in. na ten temat. Warto przejzec, bo kilka ciekawych rzeczy mowia:
http://ygd.pl/75/samochod-jest-jak-bomba/#more-75
http://ygd.pl/75/samochod-jest-jak-bomba/#more-75
Przy wydawaniu wyroku na Macieja Zientarskiego odrzućmy łatwe formułki – ostrzega Jerzy Iwaszkiewicz, nestor polskich dziennikarzy motoryzacyjnych. Za wypadki kary nie mogą ponosić tylko kierowcy. Skończmy ze zrzucaniem odpowiedzialności na nieboszczyków
Czy można nazwać testowaniem samochodu przejażdżkę ferrari ulicą Puławską z prędkością 200 kilometrów na godzinę?
– Absolutnie nie można. Po pierwsze, tak nie było, a po drugie – takich samochodów nikt nie daje dziennikarzom do testów.
Są za drogie?
– Nie, po prostu ich nie ma na masowym rynku, więc nikt nie jest zainteresowany ich testowaniem. Chociaż dziennikarze, którzy zajmują się motoryzacją, mogą tymi samochodami jeździć. Tak było tydzień przed wypadkiem. Byliśmy pod Marsylią na słynnym torze Paul Ricard i jeździliśmy na nowych corvette’ach. Sześciolitrowa Corvette, 437 koni, przyspieszenie do setki w 4,4 sekundy. Najpierw pierwsze okrążenie jedzie się z instruktorem w hełmach. Pełne przygotowanie na śmierć. Potem instruktor wysiada, pyta, czy jesteś gotowy. Wysiada i zostajesz sam z tym interesem. I tam można jeździć, ile chcesz. Po boku toru są wielkie napisy: „200”, „150”, „100”, to znaczy – jak pojedziesz szybciej, to już cię nie ma, to się zabijesz na własną prośbę. I szybko takimi samochodami można jeździć tylko na takim torze. Maciej Zientarski też wtedy testował corvettę.
Miałeś kiedyś okazję jechać ferrari?
– Nie, natomiast jeździłem maserati i innymi sportowymi samochodami. Przede wszystkim jednak jeździłem samochodem treningowym F1 na nowym torze Hondy zbudowanym w Japonii. To jest taki samochód treningowy obudowany tymi wszystkimi słupkami, żeby wszystko się nie pogięło, kiedy się przewrócisz. Tego nie zapomnę do końca życia. Oczywiście jechałem jako pasażer, obok mnie kierowca japoński. Kiedy ruszyliśmy, zrozumiałem, jak wielkim nieporozumieniem jest to, że się w nim znalazłem. Przyspieszenie w granicach trzech sekund do setki. Wtedy wrastasz w siedzenie. Jedziemy 260–270 kilometrów na godzinę, a ja widzę, że na końcu tej drogi, tego toru jest mur, i krzyczę do tego Japończyka: „Japoniec, hamuj!”, nie myśląc, że on i tak nie rozumie, co ja do niego krzyczę. I co się okazało? To, co widziałem, to rzeczywiście był mur, ale tor pod nim zakręcał i prowadził auto. On leciutko przyhamował, leciutko zwolnił, wystarczyło zdjąć nogę z pedału gazu. I ten tor nas wyprowadził z zakrętu. Ale co się nawrzeszczałem „Japoniec, hamuj!”, to tego nigdy w życiu nie zapomnę. Tak to jest ze sportowymi samochodami.
Po wypadku dwóch dziennikarzy wszyscy pytają: dlaczego? Brawura, głupota czy chęć przetestowania? Jest coś takiego w sportowych samochodach – twoim zdaniem – że człowiek wsiada i wciska gaz do dechy, bo nie może inaczej?
– Nie, to najpierw trzeba mieć w głowie.
Co trzeba mieć w głowie?
– To, że masz ochotę ten samochód zniszczyć i nie myślisz o tym, że ten samochód zniszczy ciebie. Samochód trzeba szanować, każdy samochód, bo inaczej on się zemści. Samochód w gruncie rzeczy to nic innego tylko bomba, która waży tonę albo więcej.
Pocisk.
– Tak. I w zależności od tego, jak szybko jedziesz, ten pocisk tak szybko leci. Nie ma żadnej boskiej siły, żeby człowiek się uratował, wyszedł z wypadku przy szybkości 50–60–70 kilometrów na godzinę, jeżeli trafi na tak zwaną przeszkodę stałą.
Jednak ludzie to przeżywają.
– Moment. Ja mówię o tak zwanej przeszkodzie stałej. Co to jest przeszkoda stała?
Coś, co stoi i się nie rusza. I się nie ruszy, jak w to coś uderzy samochód.
– Wtedy przy szybkości 50–60 kilometrów na godzinę masz bardzo małe szanse, żeby przeżyć. Po co są crash testy, czyli wielokrotne i dokładne rozbijanie samochodów w tunelach? I to właśnie przy szybkości 50–60 kilometrów na godzinę? Bo to jest jakby odtworzenie tego, co się potem dzieje na szosie. Samochód jest tak konstruowany, żeby człowiek mógł przeżyć przy tej szybkości, jeżeli trafi w trwałą przeszkodę. I tylko przy tej szybkości ma szansę przeżyć. Ja się na przykład zabiłem cztery miesiące temu pod Sochaczewem. Dlaczego mówię „zabiłem”? Zabiłem się fordem focusem. Hamowałem i uderzyła we mnie z tyłu kobieta. Nie wyrobiła się. Gdyby mnie uderzyła na wprost, to byłoby nic, ale ona chciała mnie wyminąć z prawej strony i uderzyła mnie w zderzak.
I obróciła cię.
– I wystawiła mnie na czołówkę do przodu. Dostałem z przodu dwa uderzenia, po jednym urwało mi cały przód i mnie przestawiło, a w drugim dostałem od megane. Mówi się, że człowiekowi w ostatniej sekundzie życia to wszystko staje przed oczyma…
Stanęło?
– Nic mi nie stanęło. Liczyłem uderzenia. Raz, dwa i wreszcie po tym drugim mówię: „No, kurwa, może już starczy”. I w tym momencie dostałem to trzecie uderzenie, meganką. Wyszedłem sam z auta. Lekarz – bo przyjechało pogotowie – podszedł do mnie, widziałem, że się boi jak cholera. I pyta: bardzo pana przepraszam, czy pan może ruszyć głową? Mogę. On mówi: to dziwne. Bo co się wydarzyło? Wszystkie uderzenia poszły skosem. Nie było żadnej przeszkody trwałej. I dlatego zdarzyło się coś, co się tam nie zdarzyło nigdy pod tym Sochaczewem. Cztery samochody biorące udział w wypadku, wszystkie skasowane, ale nikomu się nic nie stało. W dodatku policjant, który to wszystko rejestrował, mówi: „Panie Jurku, wszyscy byli trzeźwi. Tego jeszcze nie było pod Sochaczewem!”. Przeżyłem i wszyscy przeżyli, dlatego że my wszyscy jechaliśmy z szybkością 50–60 kilometrów góra. Gdyby ta kobieta uderzyła mnie z tyłu z prędkością zaledwie o pięć kilometrów większą, a takiej różnicy na szosie się w ogóle nie czuje, to wyjechałbym wtedy o 10 centymetrów do przodu i nie dostałbym uderzenia skosem, tylko w bok. Byłbym wtedy przeszkodą stałą i musiałbym zginąć. Ci ludzie w tamtym samochodzie też by zginęli. Więc po takim wstępie zapytajmy, co się stało na ulicy Puławskiej? Po pierwsze, jak wiadomo, policja w Polsce przyjmuje jedną wygodną formułkę – bez względu na to, co się stanie, mówi: nie zachował bezpiecznej szybkości. W Polsce bezpieczną szybkością jest szybkość zero. A po przyjęciu tej formułki zawsze jest winien kierowca. Bo popatrz, co się dzieje? W Polsce wszystkiemu winni są nieboszczycy. Spada samolot, ja nie mówię o tym ostatnim, ale on również mieści się w tej kategorii – winien pilot. Karambol – winien kierowca. Nie zdarzyło się, żeby samolot był źle skonstruowany, żeby ktoś tam czegoś nie dopatrzył. Zawsze jest winien nieboszczyk. I w tym przypadku mamy do czynienia z taką koszmarną zbitką dwóch rzeczy. Z jednej strony kierowca jechał jak szalony. Choć nie wiemy, czy ferrari jechało 200 na godzinę. Policja przyjęła taką formułkę, bo to ładnie brzmi. I jeszcze do tego dodała, że bez pasów, co już jest absolutną bzdurą, bo przy takiej szybkości pasy nie istnieją. To się i tak wszystko rozrywa na kawałki. Stworzono taką ładną otoczkę tego wypadku, że po pierwsze, jechali jak szaleńcy, niezapięci itp. To prawda, że gdyby jechali 50 na godzinę, nie byłoby żadnego wypadku. Ale druga prawda jest taka, że gdyby nie było tej muldy na drodze, nie wylecieliby z szosy. I to są te dwie różne rzeczy. Przy czym oczywiście z taką szybkością, wszystko jedno, czy to było 120, czy 150 kilometyrów, w Polsce w ogóle nie można jeździć, a w mieście szczególnie. Znałem Jarka, bo się z nim przyjaźniłem. To był taki człowiek, który potrafił się uśmiechać do życia. Ten wypadek nie był tylko wypadkiem dwóch szaleńców, którzy wsiedli do samochodu. Przypomnijmy sobie, że w Polsce co chwila ktoś ginie. Polskie szosy, polskie drogi są takimi przydrożnymi cmentarzami. Wszędzie stoją krzyże, wszędzie się palą świeczki, wszędzie ktoś kładzie świeże kwiaty. Ludzie się zabijają, ale nie zdarzyło się jeszcze – a ja zajmuję się dziennikarstwem motoryzacyjnym 20 lat – że ktoś, kto odpowiada za stan drogi, miałby proces o to, że spowodował wypadek. Na przykład na odcinku za Różanem do Ostrołęki są koleiny powyżej czterech milimetrów. Według przepisów Unii Europejskiej droga, która ma koleiny głębsze niż cztery milimetry, powinna być zamknięta. W związku z tym w Polsce połowa głównych dróg powinna być zamknięta. A tu krzyży przybywa i nadal nie ma przypadku, żeby był proces o prawdziwą winę.
Urzędnicy odpowiedzialni za stan drogi powinni trafiać do więzienia?
– Dopóki pierwszy dyrektor nie pójdzie siedzieć, drugi nie zacznie tych dziur reperować. Najlepszym przykładem jest wypowiedź na temat ostatniego wypadku bardzo ładnej- zresztą, świeżo wypudrowanej rzeczniczki dróg miejskich, która powiedziała: myśmy wiedzieli dobrze o tej drodze, o tej muldzie, że ona wyrzuca, myśmy mieli w planie zrobienie tego remontu, tylko nie chcieliśmy stwarzać dla kierowców utrudnień. A ja się pytam:
ile jeszcze ludzi musi zginąć, żeby wreszcie załatali tę dziurę?
Maciek Zientarski się wyliże i… będzie miał proces. Jeżeli się okaże, że on kierował. I będzie tak jak w przypadku Otylii Jędrzejczak. Internet będzie się grzał od tych, którzy będą mówili, żeby ukarać, i od tych, którzy będą mówili, że należy potraktować go ulgowo. Jak taka sprawa powinna się skończyć dla kierowcy?
– Cudów nie ma. Jeśli kierowca jest winien, to musi za to odpowiadać. Tylko że jak zawsze w Polsce budzą się upiory. Dziś słyszałem w radiu niezwykle zasadniczą wypowiedź jakiegoś naszego kolegi, że Zientarski musi odpowiedzieć z całą surowością prawa. Jeszcze nie wiadomo, czy on przeżyje, ma w czterech miejscach połamany kręgosłup, złamaną podstawę czaszki. I co? Zawieźć go do aresztu prosto z tego szpitala?
Tego nikt nie postuluje.
– Ale to było w tym tonie powiedziane. Od razu go wsadzić do więzienia! Na wszystko przyjdzie czas. Nie mówmy o tym przypadku, tylko mówmy generalnie o takich przypadkach. Kierowcy muszą za to odpowiadać, bo muszą przestrzegać przepisów, tylko że bardzo często w Polsce następuje tak dużo zdarzeń, na które kierowca nie ma wpływu…
Dziury, których być nie powinno?
– Których być nie powinno. Albo weź znaki. W Polsce znaki nic nie znaczą. Najczęściej stoją tam, gdzie akurat ich być nie powinno. Na ulicy Puławskiej, na której oni się rozbili, jest znak „50 na godzinę”. Pojechałem tam po wypadku. Jadę 50 kilometrów na godzinę, nie czuje się niczego. Pojechałem 70 i już poczułem na kierownicy, że coś mnie rzuca. Jednak na tej samej Puławskiej, trochę dalej, wyremontowanej, trzypasmowej, nadal obowiązuje znak „50”. Jeszcze dalej, już przed Piasecznem, Puławska się zwęża, jezdnia jest niewyremontowana i pojawia się znak „70”. To przykład jednej drogi, jednego kawałeczka. I dlatego w Polsce znaki nic nie znaczą, ponieważ kierowcy wiedzą, że ich przestrzeganie nie ma sensu.
Myślisz, że ten wypadek wpłynie jakoś na stosunek czytelników i telewidzów do dziennikarzy motoryzacyjnych?
– Nie przypuszczam.
Że to wariaci, piraci?
– Kierowca zrobił to sam sobie i swojemu przyjacielowi, nikomu innemu nic nie zrobił. Na nikogo innego nie wjechał. Oczywiście nie można w żadnym wypadku tego tolerować, lecz to nie wpłynie na to, że ludzie się zniechęcą do gazet motoryzacyjnych, do takiego dziennikarstwa.
Dziennikarz motoryzacyjny musi być swego rodzaju autorytetem, musi się cieszyć takim autorytetem, jak krytyk teatralny, żeby jego praca w ogóle miała sens.
– Dlatego jestem bardzo przeciwny wszelkiej reklamie, w której biorą udział dziennikarze motoryzacyjni.
Teraz PZU ma kłopot, bo Maciej Zientarski wystąpił w jego reklamie OC.
– To była dobra reklama, ale lepiej by było, gdyby robili to aktorzy, a nie dwóch dziennikarzy, którzy się tym zawodowo zajmują, bo ucieka nam wiarygodność tego interesu.
Dla PZU to straszny kłopot?
– Z tego, co wiem, PZU zrezygnowało z tych reklam, ale nie spieszy się ze zdejmowaniem plakatów. W każdym razie to jest tak wielki – też publiczny – wypadek, że wzbudził wielkie ludzkie emocje zarówno negatywne, jak i współczucie. Dlatego we mnie budzi to szalony sprzeciw, kiedy słyszę od razu tę gotową formułkę: 200 na godzinę, bez pasów, a jeszcze najlepiej, żeby był pijany. Policja uwielbia takie formułki. Tylko że ja widzę te krzyże przy drodze, gdzie ludzie się pozabijali nie ze swojej winy. Jeżeli wszystkie reguły mają być zachowane, to wszyscy powinni być winni.
Kto powinien pozywać urzędników od dróg? Prokurator?
– Zgodnie z kodeksem cywilnym kiedy kierowca sobie urwie koło na dziurze, może oskarżyć urząd. Znam przypadki, że za koło urząd słono zapłacił. Ale jak się zabijesz i nie zdążysz wytoczyć procesu, to już urzędnicza odpowiedzialność się gubi.
Radziłbyś Zientarskiemu, żeby wystąpił do sądu z takim pozwem?
– Nie.
Ale jeśli nie on i nie w takim przypadku, to kto i kiedy?
– Nie wiemy, ile jechał, ale jechał za szybko. Ja mówię o tych ludziach, którzy się zabijają, jadąc normalnie. I nie ferrari, tylko zwykłym maluchem.
Co pomyślałeś, kiedy się dowiedziałeś o tym wypadku?
– Że się gdzieś tego bałem.
Ale w przypadku tego właśnie kierowcy czy w ogóle dziennikarzy motoryzacyjnych?
– Nie dziennikarzy motoryzacyjnych. To jest pierwszy taki wypadek dziennikarza motoryzacyjnego, więc bym nie utożsamiał tego z dziennikarzami motoryzacyjnymi. Zresztą dziennikarzy motoryzacyjnych jest więcej lub mniej w zależności od tego, ile prezentów rozdają. Jak kiedyś w Poznaniu dawali plecaczki, to nagle się pojawiło 800 dziennikarzy motoryzacyjnych. Mnie akurat tam nie było.
Miałeś już plecaczek.
– Miałem już plecaczek. Więc z zawodem bym tej historii nie utożsamiał.
Zientarski po prostu lubił „grzać”?
– Taki samochód jak ferrari sam cię prowokuje. Dla ciekawości naciśniesz pedał gazu i już jest 100, minęły dwie sekundy i jest 160. Ja tym nie lubię jeździć. Po pierwsze, samochody sportowe strasznie trzęsą, nie mają żadnej amortyzacji, są ciasne. Człowiek się czuje jak worek kartofli, więc trzeba mieć wielkie zapotrzebowanie na adrenalinę, dodatkowe emocje, żeby w ogóle wsiąść do tego auta. Jednak taki samochód budzi emocje i jeżeli ktoś jedzie nim po normalnej drodze, to on prowokuje człowieka. Gdyby tak nie było, nie byłoby takich samochodów. Bo w ogóle nie wiadomo, po co są. Do takiego auta mieści się góra Kulczyk z teczką.
Nawet jeśli Kulczyk ma taki samochód, to jeździ nim teraz po Londynie, a nie po Warszawie. Władza PiS go wypchnęła. Minęło jednak już sto dni nowej, a ty jesteś nie tylko dziennikarzem motoryzacyjnym, ale także zwierzem salonowo‑bankietowym. Sto dni Tuska zmieniło coś w tym świecie?
– Za rządów PiS obowiązywała taka zasada, że jak panowie Kaczyńscy nie umieją tańczyć, to wszyscy inni też nie umieją. W związku z tym w ogóle nie istniało coś takiego jak bale, rauty. I było wiadomo, że jak oni się tak sami ze sobą bawią, to muszą wpadać w takie frustracje, że to jest bardzo niedobre dla władzy i tym się skończy, czym się skończyło.
Ale oni się przecież kochają.
– Ale nie na tyle, żeby ze sobą tańczyć. To ich kobiety muszą gdzieś pokazać swoje suknie! Po to je szyją! I nie miały gdzie, nie lekceważyłbym tej pozornie utajonej frustracji.
Teraz mają gdzie?
– Niewiele się zmieniło w tej sprawie. Do tego stopnia, że w Warszawie trzeba było odwołać kilka balów sylwestrowych, bo nie było klientów. Tu się chyba nakładają dwie rzeczy. Jeszcze nie minęło to popisowskie przyzwyczajenie, że nie wypada się bawić, bo pomyślą nie wiadomo co, a Ziobro zaraz przyśle swoje szwadrony, żeby nas aresztowali. A z drugiej strony chyba w Polsce minął ten moment, kiedy to pierwsze pokolenie, które miało pieniądze, chciało się za wszelką cenę pokazać. Teraz ludzie niekoniecznie chcą tak szpanować.
A bawić się?
– To jest inna sprawa, a pokazać się to jest inna sprawa. Jak chcesz się bawić, to się bawisz z przyjaciółmi. A jak chcesz się pokazać, że byłeś u fryzjera…
To mi się akurat nie zdarza.
– Ale gdyby ci się zdarzyło, to wtedy też przyjdziesz na wielką imprezę, żeby się pokazać, i wtedy wszyscy będą mówili: oho, Najsztub się ogolił. To są dwie różne rzeczy. W Polsce chyba zmienia się obyczaj, ludzie mniej szpanują na salonach, bardziej chcą się bawić z przyjaciółmi, kameralnie.Kiedyś było pięć wielkich balów w Warszawie i trzeba było się pokazać na każdym. Teraz to zaginęło. Nie ma w Warszawie takiego balu, na który warto byłoby uszyć długą suknię. Takiego balu, na którym warto byłoby się pokazać.
Już nie trzeba się pokazywać na balach, to może chociaż w luksusowych samochodach?
– Tu się niewiele zmieniło. Zdarzają się jeszcze przyjęcia prywatne. Przyjeżdżam na nie i widzę, że pod domem, na ulicy stoją najnowsze mercedesy, a w każdym siedzi kierowca i pilnuje, żeby nie ukradli. Najlepszy jest taki śliczny, czarny bentley coupé, jedyny w Warszawie. No i co? Właściciel nie ma się nim kiedy przejechać, bo cały czas siedzi kierowca, żeby nie ukradli. Samochody nie są już sposobem na pokazanie się.
Jest w Warszawie kawiarnia Szparka. Pod tę kawiarnię podjeżdżają wszystkie nowe porsche. Jak Kuba Wojewódzki ma nowe porsche, to tylko tam zajeżdża, opiera nogę o zderzak i patrzy, czy wszyscy go widzą. Kowboj.
– On ma taką duszę kowboja. To jest takie szpanowanie trochę harcerskie.
Myślisz, że to drugie pokolenie bogatych i wpływowych będzie próbowało mieć swoje bale? Będą chcieli budować taką tradycję?
– Taką chyba nie. Bo ta tradycja wyrastała bezpośrednio z czasów powojennych, kiedy nie było nic, kiedy rzeczywiście ludzie chcieli się pokazać. Po raz drugi zaczęła wyrastać z czasów komuny, kiedy w ogóle nic nie było wolno albo nie wypadało przyjść na bal. Nowe pokolenie stworzy własny system pokazywania swojego miejsca w hierarchii. Bo ono ma inny system wartości. Członek tego pokolenia już nie musi mieć drogiego samochodu. On musi znać języki, musi mieć dom na kredyt, musi mieć posadę w banku. To są rzeczy, które zaczynają budzić wielkie emocje. Ale tu też są koszty własne. Widać to już powoli w szpitalach psychiatrycznych. Widziałem w szpitalu na Sobieskiego faceta, który chodził po ogrodzie. Świetnie ubrany, z teczką z dobrej skóry. Chodził w kółko. Pytam kolegę, który tam pracuje: kto to? Mówi: to człowiek, który już zwariował albo zaraz zwariuje. Miał bardzo wysoką pozycję, wszystko miał na kredyt, tak jak to się dzieje w Ameryce, i właśnie stracił posadę, bo go wywalili w jednej chwili. I tacy ludzie nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Taki facet to jest nowy typ pacjenta. Takich pacjentów jest coraz więcej. To pokazuje, na czym zależy temu nowemu pokoleniu. Cała nadzieja życia towarzyskiego w młodych przepięknych dziewczynach. One muszą gdzieś pokazać swoje nowe fryzury, stroje, nowych narzeczonych. To wszystko musi się gdzieś zakotłować. Tylko my tego być może na razie nie widzimy. Może dlatego, że zaczynają się zatracać jakieś wartości. Bo czym żyje telewizor? Przez ostatnie dwa lata żył pokazywaniem jakichś zakompleksionych maluszków.
Była też rewia mody w kominiarkach.
– I jak to ostatnio cudownie powiedział mecenas Piotrowski: „Minister? A, to ten aplikancik prokuratorski, który potem został ministrem”. Potem Lepper, Giertych. Kto zrobił mężów stanu z tych panów? Właśnie telewizja, media, nasi koledzy to zrobili.
Brałem w tym udział.
– Bez tego robiliby to, do czego się nadają, i nie byłaby to wielka polityka. Mnie niepokoi jedna rzecz. Niby zmieniła się władza, tylko że jak patrzę, wszystko działa tak samo. W radiu dalej są ci sami panowie prezesi, którzy powyrzucali najlepszych ludzi. W telewizji podobnie. I w wielu innych miejscach. Teraz się zaczyna wyrzucanie bardzo dobrych dziennikarzy z PAP, bo „pisowszczykom” oni się nie podobają. Tusk musi się spieszyć, bo jak dalej będzie taki delikatny, to nie zdąży posprzątać albo brud go przykryje.
A tobie jeszcze się chce to wszystko robić? Pisać, gadać?
– Gdybym musiał usiąść i nie miał nic do roboty, musiałbym sobie walnąć w łeb.
Czyli ze strachu pracujesz?
– Chyba że ze strachu przed samym sobą, to tak. Spotkałem kiedyś Grażynę Hasse na plaży, coś tam pisała i rysowała na piasku. Pytam: Grażynko, co ty w tym piasku robisz? A ona mówi: życie trzeba sobie organizować, bo jak sobie nie zorganizujesz tego życia w jakiś sposób, to ci ono ucieknie, nawet nie będziesz wiedział kiedy.
To niech ucieka.
– Co znaczy niech ucieka? To razem ze mną by uciekło. Ostatnio przyjechała do mnie telewizja i też pytali, jak to jest, że ja się jeszcze ruszam.
Budzisz nasze nieustanne zdziwienie.
– Cholerne zdziwienie. Na żaglowcu „Pogoria” założyliśmy sobie taki klub siwych łbów, a tak naprawdę Siwych Lwów. Mnie tam przywożą co prawda jako supercargo, nikt się do mnie nie dotyka, tylko na zmywaku pracuję, bo jestem w tym bardzo bardzo. A mówiąc serio, to z tego najbardziej lubię taką wachtę od czwartej rano do ósmej. Jak się wtedy człowiek napatrzy na gwiazdy, to się czuje od razu porządnym człowiekiem.
A nie małym, nieistotnym, nieważnym?
– Nie, mnie się to na porządny przekłada.
A gdybyś tak miał jednym zdaniem powiedzieć, do czego mogą nam się przydać siwe łby, to co byś powiedział?
– Do tego, żebyśmy nie dali się nabrać tym różnym zakompleksionym facecikom, którzy bez przerwy pokrzykują, krzyczą, że tylko oni potrafią rządzić. Żebyśmy się na to już nigdy w życiu nie dali nabrać.
rozmawiał Piotr Najsztub
Rozmowa odbyła się 5 marca 2008 roku w Warszawie
“Przekrój” nr 11/2008
"Nie ubliżając na glebę patrzę się dość negatywnie."
Dzięki temu rzadziej się potykam.
Dzięki temu rzadziej się potykam.
Naprawde świetny wywiad.
Gość który się wypowiada ma poukładane w głowie.
Gość który się wypowiada ma poukładane w głowie.
Zawsze tak miał...
stach napisał(a):Zawsze tak miał...
dopiero skleiłem sobie nazwisko z wyglądęm gościa
Iwaszkiewicz napisał(a):Albo weź znaki. W Polsce znaki nic nie znaczą. Najczęściej stoją tam, gdzie akurat ich być nie powinno. Na ulicy Puławskiej, na której oni się rozbili, jest znak „50 na godzinę”. Pojechałem tam po wypadku. Jadę 50 kilometrów na godzinę, nie czuje się niczego. Pojechałem 70 i już poczułem na kierownicy, że coś mnie rzuca. Jednak na tej samej Puławskiej, trochę dalej, wyremontowanej, trzypasmowej, nadal obowiązuje znak „50”. Jeszcze dalej, już przed Piasecznem, Puławska się zwęża, jezdnia jest niewyremontowana i pojawia się znak „70”. To przykład jednej drogi, jednego kawałeczka. I dlatego w Polsce znaki nic nie znaczą, ponieważ kierowcy wiedzą, że ich przestrzeganie nie ma sensu.
http://wiadomosci.onet.pl/1770576,11,item.html
Koniec bezkarności piratów drogowych
"Polska": Rząd szykuje rewolucję w systemie nadzoru nad ruchem drogowym. Od stycznia wprowadzi nowy, w pełni automatyczny system fotoradarów i połączonych z nimi komputerów, który sfotografuje i namierzy pirata drogowego oraz wystawi mu mandat.
Podwoi się też liczba fotoradarów. Będzie ich w sumie 400. Nie będzie już pustych masztów ustawianych na postrach, jak obecnie. We wszystkich zostaną zainstalowane kamery. Każdy pirat drogowy będzie miał zdjęcie – program komputerowy rozpozna rejestrację, mandat wypisze maszyna. Wszystko odbędzie się bez udziału policjantów czy urzędników - informuje dziennik.
Wygląda więc na to, że fotoradary przestaną być fikcją, bo tylko co piąty z nich działa, kamera jest zawodna, a policjanci wypisujący mandaty na podstawie zdjęć nie nadążają - czytamy w "Polsce". Projekt nowego systemu nazwanego roboczo: Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym, na dniach trafi do parlamentu.
MSWiA musi wprowadzić system jak najszybciej, bo naciska na to Unia Europejska. Grozi nam, że jeśli do końca roku nie wykorzystamy 57 mln euro przeznaczonych na ten cel z Programu Operacyjnego "Transport”, pieniądze przepadną. Ponadto prawdopodobnie jeszcze w tym roku wejdzie w życie dyrektywa unijna określająca zasady współpracy między krajami członkowskimi odnośnie do karania piratów drogowych. Bez Centrum Nadzoru nie będziemy w stanie współpracować z resztą państw Wspólnoty, w których działają podobne technologie - czytamy w dzienniku.
Więcej o tej sprawie w "Polsce".
No i oczywiscie. Tylko zaden naciskajacy urzednik unii europejskiej nie zdaje sobie sprawy, ze w Polsce przestrzegac ograniczen sie nie da i ze znaki ograniczenia rozmieszczane sa na mieszaninie zasad "nikt ich nie przestrzega wiec dajmy polowe tego co bysmy dali normalnie" i kompletnej losowosci. Oczywiscie nie poruszy tego faktu dziennikarzyna, bo nie pisal tego Iwaszkiewicz jak powyzej, tylko jakis debil ktory woli dac kretynski, sensacyjny tytul. Dlatego nikt nie poruszy problemu, a ludzie ginac beda dalej, bo politycy i dziennikarze poruszaja sie w sferze alternatywnej do rzeczywistosci.
"Nie ubliżając na glebę patrzę się dość negatywnie."
Dzięki temu rzadziej się potykam.
Dzięki temu rzadziej się potykam.
Zgodnie z przepisami z Wrocka do Wawy jedzie się 13h 

Nic.
Nic.
Nic, ale to zupełnie nic.
Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.
Nic.
Nic, ale to zupełnie nic.
Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.
"National Geographic" odkryło plemiona nigdy dotąd nie kontaktujące się z cywilizacją. Znaleziono ich w Polsce, a dokładniej w Wydziale Komunikacji w pokojach 5,6,7 i w MinFinie, departamencie VAT, pokoje 16 i 17. 
Nic.
Nic.
Nic, ale to zupełnie nic.
Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.
Nic.
Nic, ale to zupełnie nic.
Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.
kurde, sam będę jeździł nocy i zamalowywał te fotoradary
u nas zawsze myśli się od dupy strony 
niestety teraz przytrafiło to się mojemu znajomemu z pracy. chłopak 27 lat własna firma i.... szkoda słów
http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/news.php?id_news=28669
http://gdynia.naszemiasto.pl/wydarzenia/868345.html
spoczywaj w pokoju Paweł L.
http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/news.php?id_news=28669
http://gdynia.naszemiasto.pl/wydarzenia/868345.html
spoczywaj w pokoju Paweł L.