Podróże i wyprawy ...

7 marca 2009, 14:15
Siedzi sobie biedny ,przeziębiony i zmęczony zimą człowiek w domu, za oknem znowu pogoda błeee... chociaż nacieszyłby oko jakimiś fotkami i pomarzyłby trochę.Dawać proszę -tylko raczej z kierunków (klimatów) przeciwnych niż nordkapp ...póki co... :wink: :-D :-D
27 marca 2009, 09:29
Przedstawiam mój plan urlopu. Oczywiście wstepny

start około 3 lipca. kierunek szlakiem orlich gniazd w kierunku kryspinów. 9-10-11-12 zlot kryspinów. po zlocie kierunek lasy zielonogórskie w kierunku Radzynia.17-18-19 zlot KGBus Radzyń. po zlocie kierunek kaszuby i morze. 24-25-26 zlot w choczewie. 27-2 sierpnia powolny powrót w kierunku dolnego śląska

Załoga rogacek plus 2 dzieci . Możliwe że małżonka kilka dni spędzi z nami w trasie
ogórek "Lord von Hannower edition" 1978, 2000 CJ
garb 67
http://aircooled-hearse-fanatic.skynetblogs.be/
27 marca 2009, 20:32
Znaczy - dwa miesiące wakacji :shock:
Jak Ci się to udaje?

Lekko zazdroszczę :-)
27 marca 2009, 22:18
Jasne - ja liczyłem tak, jak liczą w biurach podróży - znaczy się : każdy rozpoczęty dzień, tydzień i miesiąć tak, jakby był cały. A i tak zazdroszczę plana. Liczę na zdjęcia :)
29 maja 2009, 03:15Warszawa, Kopenhaga, Bergen, Berlin, Dębki
Pomysł na wyprawę powstał w grudniu 2007 gdy moja koleżanka Weronika wyjeżdżała na studia do Bergen i zapraszała znajomych do odwiedzania jej tam. Świetna myśl :), gdy tylko zrobi się ciepło wsiadam w garbusa i jadę do Bergen z przystankiem w Kopenhadze u znajomych :). Pozostaje do załatwienia jedna sprawa - trzeba skończyć odbudowę wozu.Zdjęcie nie zachowało się
W czerwcu ustaliłem pierwsze konkrety - wyjazd 14 lipca 2008, zaraz po turnieju Ultimate frisbee w Warszawie, powrót razem z Weroniką - tak, żeby dotrzeć do Dębek na 26 lipca na turniej plażowy. Wóz zaczynał już jakoś wyglądać, ale należało się pośpieszyć
Zdjęcie nie zachowało się
Na tydzień przed końcem czerwca samochód jeździł już samodzielnie, pozostały "tylko" sprawy wykończeniowe jak szyberdach, tapicerka, ogrzewanie i różne drobiazgi. Do wyjazdu udało mi się przejechać bezproblemowo 400km co utwierdziło mnie w przekonaniu, że wóz nie zawiedzie, a także zamontować podsufitkę i wykładzinkę w tylnym bagażniku aby było nieco ciszej, oraz rzecz najważniejsza - zapalniczka :) do zasilania lodówki turystycznej gdyż Weronika chciała przywieźść z Norwegii jakiś lokalny ser.
Wyjeżdżam zgodnie z planem o 8.00 rano zaopatrzony w coś do włożenia na siebie, namiot, aparat, lodówka, prowiant, części zapasowe i części do zamontowania w wolnej chwili :) (np. uszczelka szyberdachu nie była zainstalowana :) ). Mimo nagabywań nikt z mocih znajomych nie chciał ze mną jechać więc wyruszam samotnie, czyżby się bali że coś się popsuje :) ?.
Zgodnie z moją filozofią jeżdżenia najkrótszą drogą postanawiam darować sobie A2 i jechać przez Płońsk, Bydgoszcz, Szczecin do Rostocku potem prom do Gedser i Kopenhaga. Warszawę opuszczam sprawnie i szybko docieram do Płońska gdzie kończy się dwupasmówka. Po 12.00 zatrzymuję się na stacji na obwodnicy Bydgoszczy. Przejechałem 300km w 4 godziny, do Rostocku zostało 500km i 7 godzin- mam bilet na prom o 19.00, nie ma czasu do stracenia. Tankuję i od razu ruszam dalej. Do Szczecina docieram około 16.00 coraz bardziej martwiąc się czy zdążę na prom. Trafiam na autostradę A6, ta jednak prowadzi na południe w stronę Berlina zanim połączy się z niemiecką autostrdą na północ, dlatego wybieram krótszą drogę lokalną omijającą Szczecin od południa. Niestety na ulicy o nazwie "Autostrada Poznańska" trafiam na korek, wykorzystuję tą nieplanowaną przerwę na kanapki. Po 20min postoju samochody ruszają, na pobliskim wiadukcie był remont i ruch odbywał się wachadłowo. Jak by tego było mało za wiaduktem wybieram złą drogę i jadę w kierunku Kołbaskowa i A6, w Przecławiu skręcam na północ w zupełnie już lokalną drogę i niebawem jestem na granicy, ostatnie tankowanie w Polsce i wjeżdżam do Niemiec. Niedługo pierwsza niespodzianka - przydrożny znak informuje o kontroli policyjnej i faktycznie niedaleko przy drodze stoi radiowóz, a oparty o niego policjant bacznie mi się przygląda. Mijam miasteczko Lokniz słynne z artykułów o atakach neonazistów na osiedlających się tu Szczecinian, na szczęście nikt mnie nie zaczepia i spokojnie mogę jechać dalej. Jeszcze tylko 10km i jestem na autostradzie. Tu cała prawda wychodzi na jaw - według drogowskazu do Rostocku zostało 180km, a dochodzi 18.00. Nie mam szans zdążyć na mój prom ale jest jeszcze jeden o 21.00. Nigdy wcześniej nie płynałem promem i teraz ogarniają mnie czarne myśli, że bilet przepadł i będę musiał wydać kolejne 80E albo, że chmara Duńczyków i tak już wykupiła wszystkie miajsca na ten o 21.00. Przed Rostockiem omijam jeszcze zjazd do portu, na szczęście blisko jest kolejny zjazd z autostrady i można zawrócić. Punkt 20.00 parkuję w porcie i idę do biura przewoźnika, żeby zapytać co mam teraz robić. Facet ogląda mój wydrukowany w domu bilet i wysyła mnie do budki (check in?) z której obsługa kieruje samochody na prom. Wsiadam więc w samochód i ustawiam się w długiej kolejce pojazdów - czyżby moje czarnowidzwto się spełniało i prom jest już wyładowany po brzegi? Po 10min dowiaduję się od sąsiadów z kolejki, że to na prom do Szwecji, a kolejka do Gedser jest obok, a właściwie to jej nie ma bo nikt do Dani się nie wybiera :). Podjeżdżam więc pod budkę i podaję mój bilet i tu kolejne miłe zaskoczenie, muszę dopłacić tylko 7E róznicy w cenie biletów bo na prom o 19.00 była promocja, a na ten nie ma. Jedyny problem to zmusiś komputer do wykonania tej nietypowej tranzakcji, pani kasjerka prosi kolegę z budki obok i wspólnymi siłami po 5min wystawiają mi bilet. Moje obawy co do promów okazują się nieuzasadnione, kupowanie biletu bardziej przypomina płacenie w bramce na autostradzie niż kupowanie biletu na samolot. Zdenerwowanie ustepuje, spokojnie wjeżdżam na prom, a następnie idę na pokład przewietrzyć się i wreszcie mam czas zrobić jakieś foty :).
Zdjęcie nie zachowało się
Garaż dla statków ;)
Zdjęcie nie zachowało się
To chyba wodny dworzec
Zdjęcie nie zachowało się
Latarnia morska
Zdjęcie nie zachowało się
Zostawiam Rostock, wypływamy na pełne morze :)

Uciekam z pokładu do środka bo przeraźliwie tam wieje, no i głód straszliwy mi doskwiera. Szybko znajduję fastfoodową knajpę i po chwili namysłu zamawiam zestaw składający się z dwóch parówek i niezłej porcji frytek :). Sprzedawca nakładający moją porcję pyta się czy jestem głodny, odpowiadam, że nawet bardzo, na co ten dokłada mi trzecią parówkę. Tym miłym gestem sprawił mi niesamowitą radość po tak ciężkim dniu :). Po posiłku ucinam sobie drzemkę na resztę rejsu. Lekko po 23.00 opuszczam prom w Gedser i kieruję się do Kopenhagi. Po 20km dojeżdżam do autostrady, zostało jeszcze 130km do celu. Trochę przed 1.00 docieram do Kopenhagi i nadzwyczaj sprawnie udaje mi sie trafić na właściwą ulicę, a mam tylko mało dokładną mapę europy i wydruki z google maps :). Migiem wdrapuję się na 4 piętro, witam z gospodynią i układam w śpiworze. Zasypiam z myślą, że czekają mnie dwa tygodnie przygód ale tylko pozytywnych :).

ciąg dalszy niebawem...
2 czerwca 2009, 08:04
@nietopez .... brawo :-D
czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy
ja się nie znam ale jak widzę $ to się bardziej staram ...Я не можу зрозуміти не можу
2 czerwca 2009, 20:19Warszawa, Kopenhaga, Bergen, Berlin, Dębki
Dzięki, już się zabieram do roboty :).

Rano budzi mnie dziwny chałas, przestraszony podrywam się i siadam na łóżku z którego mam akurat widok na drzwi wejściowe. Na szczęście to tylko poczta - listonosz wsunął listy w otwór w drzwiach, a te spadając pionowo z metrowej wysokości na podłogę z desek dają o sobie głośno znać. Weronika ostrzegała mnie ale zlekceważyłem jej troskę i teraz mam za swoje :). Nie napisałem wcześniej, że moi znajomi z Kopenhagi to także :) Weronika i jej mąż Tomek.

Jest już grubo po 12.00 więc postanawiam wziąść dzień wolny od podróży i rozejrzeć się po okolicy. Bez pośpiechu robię sobie śniadanie i biorę prysznic. Z tym drugim jest mały problem bo mieszkanko mieści się w stuletniej kamienicy i po zbudowaniu nie miało łazienki, a obecnie pomieszczenie to jest dorobione i ma wymiary metr na dwa jeśli nie mniej. Mikroumywalka mieści się prawie nad sedesem, druga połowa pomieszczenia jest wyłożona kafelkami do sufitu, ze ściany wystaje prysznic, a w poprzek plastikowa firanka. Nie ma brodzika, jest za to kratka ściekowa wspólna dla całej łazienki. Jeśli ktoś będzie chciał się umyć po dużym "spożyciu" to na pewno się nie wywróci bo zaraz go ściana złapie :). Później dowiedziałem się od Weroniki, że jej koleżanka z pracy ma tak małą łazienkę, że prysznic najwygodniej brać stojąc na sedesie i takie małe łazienki są normalne w Danii.

Wychodzę na dwór trochę się rozejrzeć, nie mam wprawdzie klucza do mieszkania ale drzwi są samozatrzaskowe. Na początek postanawiam zbadać jak garbus przeżył pierwsze 1000km. Gdy sprawdzam poziom oleju zaczepia mnie przechodzień o azjatyckich rysach twarzy. Po chwili rozmowy dowiaduję się, że pochodzi on z Tajlandii i kiedy tam przebywał również miał garbusa. Ucinamy sobie dłuższą pogawędkę o samochodach, a na koniec dostaję ostrzeżenie. Jeśli dobrze zrozumiałem to jego garbus spłonął po tym jak benzyna z gaźnika (luźnej przepustnicy?) dostała się na gorący alternator. Ta częśc rozmowy była prowadzona bardziej językiem "migowym" niż po angielsku więc nie jestem do końca pewien, może ktoś zna podobne przypadki?

Po zakończeniu rozmowy zajmuję się dalej oporządzaniem samochodu, nie mija dużo czasu i z pracy wraca Weronika. W Danii jest 7-mio godzinny dzień pracy i w dodatku dosyć luźno przestrzegany.
Udajemy się do domu, robimy obiad i pogaduchy co tam u nas słychać.

Przed 20.00 podejmuję drugą próbę zwiedzenia okolicy
Zdjęcie nie zachowało się
Taki okaz stał 4 samochody dalej od mojego, zwróćcie uwagę na dodatkowe migacze z przodu i na słupku - wszystkie stare wozy mają jakieś dodatkowo przyczepione, pewnie przepisy tego wymagają
Zdjęcie nie zachowało się
ten ma przy wlewie paliwa

Za tym czarnym kabrioletem był ciekawy park. Warszawskie parki są utrzymywane w dużym porządku - gałęzie przycięte, trawa wszędzie wystrzyżona i zagrabiona, a ten miał porządek tylko przy alejkach i na niektórych łączkach, a w głębi wszystko rosło tak jak chciało. Zieleń była poddawana tylko delikatnej kosmetyce, żeby park nie zamienił się w dżunglę.

Zdjęcie nie zachowało się
Zamek Frederiksberg w którym mieści się akademia wojskowa, a za nim piękny 18-to wieczny park
Zdjęcie nie zachowało się
Zabytkowy browar Carlsberga, niestety na jego terenie postawiono zupełnie niepasujący wieżowiec
Zdjęcie nie zachowało się
brama robi niesamowite wrażenie
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
wystawa manicurzysty :)

Po spacerze zabieram się powoli za spanie, do Bergen zostało 1100km i to przez góry - czeka mnie ciężki dzień albo i dwa.
2 czerwca 2009, 21:23
.and....



a propo .... gażnika i palenia się autek to prawda ..nie na alternator tylko w dół na oblachowanie cylindrów gorące ... ,opary i fire ..(ale to inny dział )
ja się nie znam ale jak widzę $ to się bardziej staram ...Я не можу зрозуміти не можу
8 czerwca 2009, 15:20Warszawa, Kopenhaga, Bergen, Berlin, Dębki
Trzeciego dnia wyprawy wstałem przed 8.00 i po szybkim ogarnięciu się i pożegnaniu z Weroniką wyruszyłem w stronę Szwecji. Sprawnie przebyłem południowe obrzeża Kopenhagi i przed 9.00 trafiłem do tunelu rozpoczynającego przeprawę do Szwecji. Po niecałych 3km znalazłem się na sztucznej wyspie. Widok był niesamowity, zaraz za wyspą droga wsparta na słupach ustawionych w wodzie wznosiła się ostro w górę, a na jej szczycie był ustawiony potężny most linowy. Cała ta konstrukcja zasłaniała mi widok drugiej strony mostu, a ponieważ patrzyłem na nią prawie z poziomu wody to sam most znajdował się bardzo wysoko nad horyzontem na tle ślicznych pierzastych chmur - po prostu autostrada do nieba :). Część nawodna ma prawie 8km więc miałem dużo czasu na rozglądanie się, sielanka skończyła się po szwedzkiej stronie w punkcie poboru opłat - jednorazowy przejazd mostem to prawie 110zł.

Z mostu trafiam na obwodnicę Malmo i postanawiam zatankować w mijanym centrum handlowym. Na ślimaku którym zjeżdżam z autostrady mój uśmiech wzbudza patriotyzm Szwedów - znak ostrzegający o ostrym zakręcie jest niebiesko-żółty :). Z pełnym bakiem wyruszam na północ, przede mną 560km autostrady do Oslo. Koło południa zatrzymuję się na obiad w Goteborgu. 100km za Goteborgiem kończy się autostrada i ostatnie 60km do granicy jedzie się zwykłą drogą ale nie ma tam praktycznie żadnych miejscowości i wszyscy jadą równo 90-ką więc czas się nie dłuży. Przed granicą jeszcze tylko ostatnie tankowanie, paliwo w Szwecji kosztuje tyle co w Polsce, a w Norwegii jest chyba najdroższe na świecie (przynajmniej latem 2008 tak było). Stacja koło Malmo była samoobsługowa, a ta jest tradycyjna. Gdy podaję pani kasjerce kartę płatniczą, ta podaje mi terminal. Trochę się zdziwiłem bo to sprzedawca zawsze przeciągał kartę gdy płaciłem ale sam też sobie radzę :). Za chwilę dziwię się po raz drugi bo zamiast dostać rachunek do podpisu, muszę wpisać pin. Płaciłem już visą elektron w Polsce i Czechach ale takich przygód jeszcze nie miałem :).

Niebawem docieram do granicy. Tu muszę zapłacić za przejazd mostem nad wąwozem, a dodatkowo zatrzymują mnie celnicy na kontrolę. Pytają o cel podróży, oglądają zawartość bagażnika i puszczają dalej. Zawsze gdy przekraczam granicę z kontrolą i w samochodzie nie ma kobiet to mnie zatrzymują ;).

W Norwegii nie dość, że paliwo drogie, wiele dróg płatnych to jeszcze na autostradzie można jechać tylko 90km/h, dodatkowo przed wyjazdem znajomi straszyli mnie policyjnymi patrolami w helikopterach i ultra drogimi mandatami. W zeszłym roku strona polskiego msz wspominała nawet o areszcie. Na wszelki wypadek staram się nie przekraczać prędkości nawet o 1km, choćby na sekundę.

Koło Moss jest kolejny punkt poboru opłat. Według google maps opłata dotyczy tylko 10km odcinka ze 150km autostrady Oslo-granica szwedzka. Czemu akurat tego? Może jednak chodzi o całą drogę, a Norwegowie nie oszukują i nie objeżdżają bramki lokalną drogą.

Za miejscowością As opuszczam autostradę. Postanowiłem nie jechać do Oslo tylko tunelem dostać się na drugą stronę Oslofiordu - na skróty :). Tunel niestety kosztuje i to dwa razy więcej niż autostrada. Od wjazdu droga kieruje się wyraźnie w dół, obowiązuje ograniczenie do 50km/h. Wrzucam trójkę, hamując silnikiem i czasem hamulcem turlam się z górki. Trwa to dłuższą chwilę, uszy "strzelają" mi z powodu zmiany ciśnienia, w końcu docieram do dna. Teraz trzeba pokonać drogę pod górę, podobnej długości do tej którą zjechałem. W akompaniamencie "uszu" i wysokich obrotów w końcu docieram na powierzchnię. Mój pierwszy tunel w Norwegii ma 7km, nachylenie miejscami wynosi 7% i schodzi 130m pod poziom morza, a tuneli czeka jeszcze kilka na mojej trasie :).

Za tunelem robię sobie przerwę na kanapki. Jest godzina 17.00, zostało mi 450km najtrudniejszego górskiego odcinka. Nie dam rady dotrzeć do Bergen tego dnia ale jest ciepło i świeci słońce więc troskę o nocleg zostawiam na później.

W pobliskim Drammen odwiedzam ciekawy przykład norweskiej inżynierii - rondo w tunelu. Jest to logiczna konsekwencja tutejszego umiłowania rond i tuneli :).

Kieruję się teraz na północny zachód. Zabudowa coraz bardziej rzednie nie niknie jednak zupełnie. Spodziewałem się napotykać małe miejscowości co 20-50km i tak jest istotnie ale pomiędzy nimi pojawiają się też małe grupy samotnych domków. Opuszczając stołeczne przedmieścia poruszam się z przepisową prędkością wkrótce jednak ustawia się za mną sznurek kilku samochodów, a ich kierowcy aktywnie szukają okazji do wyprzedzenia. Niebawem im się to udaje, a ja mogę odetchnąć, nie lubię być zawalidrogą i prowadzić takie wężyki ale w Norwegii boję się ryzykować przekraczanie przepisów. Oddaliwszy się porządnie od Oslo decyduję się przyspieszyć do prawie 90tki, Norwegowie jednak wciąż mnie wyprzedzają :).

Słońce powoli zbiera się do zachodzenia, jadę jednak już dłuższy czas, a ono wciąż świeci mi w oczy. Robi się chłodno więc decyduję się na postój. Zamieniam sandały i krótkie spodnie na coś cieplejszego, robię sobie kanapki i sprawdzam godzinę - jest 21.00, słońce nadal zachodzi ale niespiesznie. Teraz dopiero uświadamiam sobie, że jestem już dość daleko na północy i o tej porze roku zdecydowanie dominuje dzień. Jeszcze kilka kilometrów męczę się ze słońcem w oczy, w końcu zasłaniają je chmury.

Za miejscowością Geilo zaczyn odczuwać wzmożony chłód, na szczęście przed wyjazdem podłączyłem sterowanie do nagrzewnic, nie zainstalowałem za to klapek na nogi przednich podróżnych ale teraz działa to na korzyść moich zmarzniętych nóg :). Droga zrobiła się dosyć kręta i pnie się ostro pod górę, tak więc koncentruję się na jezdni, a nie na okolicy. Po kilkunastu minutach rozglądam się z niedowierzaniem - zamiast lasu otwarta przestrzeń porośnięta tylko trawą i małymi krzaczkami, a dookoła skały i pagórki pokryte śniegiem. Księżyc albo co najmniej tundra.
Zdjęcie nie zachowało się
Zagadka - która to była godzina?
Zdjęcie nie zachowało się
popatrzcie na tyczki przy drodze - tam jest pewnie tyle śniegu w zimie
Zdjęcie nie zachowało się
to było o 23.30, wciąż całkiem jasno :)

Zdjęcia robiłem ekspresowo bo na dworze ziąb był straszny, na oko jakieś 5 stopni. Jakże genialną myślą było uruchomienie ogrzewania, na lato.

Niedługo po postoju na trasie pojawia się mgła, tak gęsta, że strach jechać 40 km/h, dodatkowo mgła skrapla się na samochodzie tak obficie, że wycieraczki uruchamiam na stałe. Właściwie była to pewnie chmura gdyż droga wiedzie tu na wysokości 1300m. W tych warunkach jadę dobrą godzinę, aż trasa zaczyna opadać. Teraz dopiero robi się ciekawie serpentyny z ciasnymi zakrętami, duży kąt nachylenia jezdni, a wszystko to we mgle gęstej jak śmietana. Potem dochodzą tunele, jedne krótsze, inne dłuższe, a nawet serpentyna w tunelu. Mgła na szczęście zostaje przed wjazdem do jednego z nich. Cały czas jadę hamując silnikiem i ostro pomagając hamulcem. Mija znów około godziny nim droga nie staje się w miarę płaska. Odkrywam, że silnik chodzi jakoś nierówno i ma bardzo niskie obroty na biegu jałowym, zatrzymuję się, aby to zbadać. Okazuje się, że długotrwałe hamowanie silnikiem zupełnie go wystudziło, a dodatkowo wszystkie drobiazgi z przepustnicy ssania gdzieś zaginęły więc ssanie nie działa :). Na szczęście nie jest to wielka tragedia, ruszam żwawo w drogę bo za parę kilometrów czeka mnie przeprawa promem przez Eidfiord (pływa całą dobę). Przejazd 100km z Geilo do przystani w Brimnes zajął mi trzy godziny, przyda się chwila odpoczynku na promie. Na przystani w kolejce samochodów stoi popsuty garbus. Właściciel mówi mi, że przyjechał 20min temu, a teraz nie może zapalić silnika. W czasie naszej rozmowy pojawia się pomoc drogowa i mechanik od razu zabiera się za sprawdzanie silnika. Ja muszę się pożegnać bo prom zaraz będzie odpływał.
Zdjęcie nie zachowało się
samochód z lewej to zepsuty garbus, a z prawej pomoc drogowa, pan w żółtym to pracownik promu
Zdjęcie nie zachowało się
Widok na przystań. Jest 2.00 w nocy, a niebo wciąż dosyć jasne
Zdjęcie nie zachowało się
sporo samochodów jak na zupełne odludzie w środku nocy

Niedaleko od promu droga wkracza do tunelu. Ten ma rekordowe 12km ale przez to, że jest idealnie prosty i bez wzniesień podróż nim jest niesamowicie nudna.

Następny ciekawy odcinek to podróż skrajem Granvinfjordu i Hardangerfjordu. Droga kluczy po skalnych półkach od 2 do 10m nad wodą z jednej strony i niemalże pionowym skalistym zboczem góry z drugiej. Często występuje zwężenie jezdni do szerokości jednego samochodu na odcinkach długości kilkunastu metrów. Trzeba zatem uważać na jadących z naprzeciwka i dogadywać się z nimi kto jedzie pierwszy. Moje ustąpienie pierwszeństwa zawsze było odwzajemniane jakimś miłym dziękczynnym gestem :). Prędkość jest tu ograniczona do 50km/h jednak z powodu zakrętów i podjazdów ciężko jest ją czasem utrzymać.

Około godziny 3.00 dopadła mnie senność. Do Bergen zostało jeszcze jakieś 100km, postanowiłem więc zatrzymać się na drzemkę na punkcie widokowym. W dalszą drogę ruszyłem przed 6.00. W międzyczasie zaczął padać deszcz, musiałem włożyć kurtkę z kapturem bo przez brak uszczelki woda z szyberdachu kapała mi za kołnierz. Dodatkową atrakcją były liczne strumyki które lały się ze skał wprost na środek jezdni i na samochód. Efekt był podobny do wyprzedzania tira w dużym deszczu, z tą różnicą, że woda była czysta :). Deszcze padał aż do samego Bergen i jest to podobno tutaj bardzo powszechne zjawisko. Temperatury roczne w Bergen wahają się miedzy 0, a 20 stopni i leje tu prawie bez przerwy cały rok.

Po małym zagubieniu się na przedmieściach Bergen dotarłem do akademika o godzinie 8.00. Tym razem przebyłem 1100km w 24 godziny. Do pokoju wpuściła mnie współlokatorka Weroniki, Asia. Weronika wracała w tym czasie z wycieczki na Lofoty i miała pojawić się po 15.00, czas ten poświęciłem niezwłocznie na odespanie podróży.
13 lipca 2009, 10:22Relacja z European Bug In 3
W tym roku, podobnie jak w poprzednim, postanowiliśmy spędzić pierwszy weekend lipca na zlocie European Bug In w Chimay w Belgii. Tym razem wyruszyliśmy w podróż sami, jeden garbus, dwie osoby. Plan dojazdu nie był zbyt napięty, zakładał start z Warszawy 1 lipca rano, nocleg na kempingu w Wolfsburgu, następnie dotarcie do Belgii w czwartek. Po zlocie powrót do Warszawy również z odpoczynkiem w Wolfsburgu. Pozwalało to pokonywać trasę bez zbytniego wysilania się i z marginesem na ewentualne opóźnienia. Podróż autostradami pozwala pokonywać duże odległości w szybkim tempie, choć Garbus z krótką skrzynią plącze się na nich gdzieś pomiędzy ciężarówkami, od których jest szybszy i osobówkami, które najczęściej utrzymują wyższą prędkość przelotową. Garbusa powstrzymuje jednak huk silnika i wskaźnik temperatury oleju, którego wskazówka uporczywie goni wskazówkę prędkościomierza i nawet jeśli nie osiąga niepokojących regionów, to jednak powstrzymuje przed wciskaniem pedału gazu. Oczywiście droga nie składała się z samych autostrad – tego doczekają może nasze wnuki. W Polsce trzeba było najpierw przebić się przez Warszawę, potem dotrzeć do autostrady, a na końcu pokonać odcinek między autostradą a granicą. Ku naszemu lekkiemu zaskoczeniu nie opóźniły nas po drodze żadne korki, ani w Polsce ani w Niemczech. Tak czy siak utrzymanie przyzwoitej dziennej prędkości średniej wymagało ograniczenia czasu spędzonego na postojach. Samochód spalał między 7,7 s 8,2 litra/100 km przy średnich dziennych prędkościach między 80 a trochę ponad 100 km/h.
Na zlot dotarliśmy w czwartek w godzinach popołudniowych. Mimo iż oficjalnie rozpoczynał się on dopiero w piątek, po okolicy kręciło się już sporo garbusów, a pole namiotowe powoli się zapełniało. W tym roku zauważyliśmy trochę zmian, które w sumie wyszły chyba na dobre. Po pierwsze, nareszcie można było poczuć się zlotowo rozbijając obozowisko w bezpośrednim sąsiedztwie całego wydarzenia – w zeszłym roku było to zarezerwowane głównie dla uczestników wyścigów, show&shine oraz innych wydarzeń zlotowych. Co prawda nie była to bariera nie do pokonania, ale i tak duża cześć uczestników spała na okolicznych kempingach. Druga zmiana to możliwość wjazdu na teren zlotu dla wszystkich, którzy przyjechali garbusami oraz innymi busami, trackerami, karmannami itp. Dzięki tej zmianie teren show&sine zapełnił się po brzegi samochodami a oglądaniu pojazdów nie było końca. Z drugiej strony nie było już niezapomnianego parkingu tylko dla samochodów chłodzonych powietrzem – jazda wzdłuż kilkuset metrów zaparkowanych prostopadle klasycznych VW była mocnym punktem tego zlotu. Coś za coś.
W tym roku dopisała wspaniała pogoda. Można nawet powiedzieć, że było trochę za gorąco, a przed słońcem trudno było się schować, ale wolimy to niż deszcz. Piątek, sobota i niedziela na zlocie upłynęły pod znakiem wyścigów na ¼ mili, slalomu, który w tym roku został usytuowany w bezpośrednim sąsiedztwie bramy wjazdowej oraz zabaw terenowych. Nasza uwaga skupiła się oczywiście na wyścigach, które odbywały się przez cały dzień z niewielkimi przerwami. W miarę upływu czasu na torze pojawiały się coraz mocniejsze samochody, a odgłosy silników przybierały na sile. Wyścigi były organizowane bardzo sprawnie, samochody puszczane w zasadzie bez większych przerw. Jak zwykle bardzo dbano o bezpieczeństwo i sprawdzano toru po każdej, nawet najmniejszej awarii samochodu startującego, usuwając każdą podejrzaną plamkę. Jako, że tor nie był zbyt przyczepny, obyło się bez większych problemów i dłuższych przestojów.
Na terenie zlotu było dużo pawilonów z częściami i gadżetami. Można było obejrzeć z bliska wszystko to co z reguły mamy przyjemność oglądać jedynie w katalogach, skorzystać ze specjalnych Bug in-owych promocji cenowych, czy porozmawiać z producentami o ich produktach. Swoje miejsce miały również namioty z częściami używanymi, gdzie również można było utrafić ciekawe okazje i rarytasy.
Warto było dotrzeć na ten zlot. Jego głównym atutem była duża liczna różnorodnych samochodów, które dotarły. Było tak dużo Volkswagenów wartych uwagi, że trudno było je oglądać – samochody które normalnie mogłyby pochłonąć kilka godzin oględzin i dyskusji na temat zastosowanych w nich rozwiązań ginęły w tłumie innych, o podobnej jakości. Nie ma co wspominać o tym, że modele rzadsze, których pojawienie się na mniejszych zlotach wzbudza sensacje, tutaj były normą – u nas jakikolwiek Bulik, Karmann, czy Garbus Split budzi sensację – tu były ich dziesiątki.
W tym roku opuszczaliśmy zlot w niedzielę wczesnym popołudniem, przed jego oficjalnym zakończeniem, w momencie gdy kolejki do wyścigów były długie, a pole show&shine pełne. Trochę szkoda, ale miało to jednak tą zaletę, że pozwoliło nam zachować nam w pamięci w pełni rozkręconą imprezę, a nie pustoszejący plac po którym hula wiatr.
W trakcie zlotu, korzystając z bliskości Francji zdecydowaliśmy się odwiedzić malownicze, ufortyfikowane miasteczko Rocroi. Natomiast w drodze powrotnej, korzystając z luźnego dnia, zwiedziliśmy jeszcze turystyczną trasę Pętli Boryszyńskiej. To doskonale dopełniło ten krótki urlop.
To już ostatni Bug In w tej formule. Organizatorzy zapowiadają następną, czwartą imprezę za dwa lata, ale nie wiadomo jeszcze, jak będzie ona wyglądać.
Naszą wyprawę uważam za naprawdę udaną. Przez te 6 dni zrobiliśmy 3025 km.
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
Zdjęcie nie zachowało się
A oto mój wóz: http://www.garbiarnia.com/forum/garage.php?mode=view_vehicle&CID=5
31 lipca 2009, 11:39
nasze wakacje ogórkiem

start z Wrocławia przez Opole, Lubliniec, Koziegłowy na jurę. Pierwszy nocleg wypadł nam poz zamkiem Mirów.

Zdjęcie nie zachowało się


Na prawie pustym placu ogór wyglądał super
Zdjęcie nie zachowało się

Zdjęcie nie zachowało się


po zakwaterowaniu udaliśmy się na popołudniowy spacer do Bobolic. piękna trasa na krótki spacer. po drodze zajrzeliśmy do jaskini niestety bez łokietka

Zdjęcie nie zachowało się

Zdjęcie nie zachowało się


następnego dnia udaliśmy się do zamku Morsko. niestety zamknięty na głucho (PTTK) o obstawiony komercją ( parkingi, baseny , restauracje)
Zdjęcie nie zachowało się


po krótkim zwiedzaniu udaliśmy się do zamku Ogrodzieniec by w końcu zobaczyć coś od środka.

Zdjęcie nie zachowało się



Po zwiedzaniu zrobiliśmy się głodni. postanowiliśmy pojechać na pustynię Błędowską by rozbić tam obóz na noc. niestety temperatura była zbyt wysoka i po obiedzie musieliśmy się ewakuować

Zdjęcie nie zachowało się


Zdjęcie nie zachowało się






na cel następnego noclegu wybraliśmy ojcowski park narodowy. miejscem na nocleg był stary kamping przy drodzee Ojcowa do Jerzmanowic. 35 zeta :-) . W nocy potężna burza zalała nam namiot oraz część dobytku który leżał poza autem.

Mimo błotka oraz kropiącego deszczu zaliczyliśmy Pieskową Skałę oraz Maczugę Herkulesa
Zdjęcie nie zachowało się


przemoczeni udaliśmy się do Kryspinowa gdzie trafiliśmy na super pogodę


C..D..N..
ogórek "Lord von Hannower edition" 1978, 2000 CJ
garb 67
http://aircooled-hearse-fanatic.skynetblogs.be/

← Luźne dyskusje