Trzeciego dnia wyprawy wstałem przed 8.00 i po szybkim ogarnięciu się i pożegnaniu z Weroniką wyruszyłem w stronę Szwecji. Sprawnie przebyłem południowe obrzeża Kopenhagi i przed 9.00 trafiłem do tunelu rozpoczynającego przeprawę do Szwecji. Po niecałych 3km znalazłem się na sztucznej wyspie. Widok był niesamowity, zaraz za wyspą droga wsparta na słupach ustawionych w wodzie wznosiła się ostro w górę, a na jej szczycie był ustawiony potężny most linowy. Cała ta konstrukcja zasłaniała mi widok drugiej strony mostu, a ponieważ patrzyłem na nią prawie z poziomu wody to sam most znajdował się bardzo wysoko nad horyzontem na tle ślicznych pierzastych chmur - po prostu autostrada do nieba

. Część nawodna ma prawie 8km więc miałem dużo czasu na rozglądanie się, sielanka skończyła się po szwedzkiej stronie w punkcie poboru opłat - jednorazowy przejazd mostem to prawie 110zł.
Z mostu trafiam na obwodnicę Malmo i postanawiam zatankować w mijanym centrum handlowym. Na ślimaku którym zjeżdżam z autostrady mój uśmiech wzbudza patriotyzm Szwedów - znak ostrzegający o ostrym zakręcie jest niebiesko-żółty

. Z pełnym bakiem wyruszam na północ, przede mną 560km autostrady do Oslo. Koło południa zatrzymuję się na obiad w Goteborgu. 100km za Goteborgiem kończy się autostrada i ostatnie 60km do granicy jedzie się zwykłą drogą ale nie ma tam praktycznie żadnych miejscowości i wszyscy jadą równo 90-ką więc czas się nie dłuży. Przed granicą jeszcze tylko ostatnie tankowanie, paliwo w Szwecji kosztuje tyle co w Polsce, a w Norwegii jest chyba najdroższe na świecie (przynajmniej latem 2008 tak było). Stacja koło Malmo była samoobsługowa, a ta jest tradycyjna. Gdy podaję pani kasjerce kartę płatniczą, ta podaje mi terminal. Trochę się zdziwiłem bo to sprzedawca zawsze przeciągał kartę gdy płaciłem ale sam też sobie radzę

. Za chwilę dziwię się po raz drugi bo zamiast dostać rachunek do podpisu, muszę wpisać pin. Płaciłem już visą elektron w Polsce i Czechach ale takich przygód jeszcze nie miałem

.
Niebawem docieram do granicy. Tu muszę zapłacić za przejazd mostem nad wąwozem, a dodatkowo zatrzymują mnie celnicy na kontrolę. Pytają o cel podróży, oglądają zawartość bagażnika i puszczają dalej. Zawsze gdy przekraczam granicę z kontrolą i w samochodzie nie ma kobiet to mnie zatrzymują

.
W Norwegii nie dość, że paliwo drogie, wiele dróg płatnych to jeszcze na autostradzie można jechać tylko 90km/h, dodatkowo przed wyjazdem znajomi straszyli mnie policyjnymi patrolami w helikopterach i ultra drogimi mandatami. W zeszłym roku strona polskiego msz wspominała nawet o areszcie. Na wszelki wypadek staram się nie przekraczać prędkości nawet o 1km, choćby na sekundę.
Koło Moss jest kolejny punkt poboru opłat. Według google maps opłata dotyczy tylko 10km odcinka ze 150km autostrady Oslo-granica szwedzka. Czemu akurat tego? Może jednak chodzi o całą drogę, a Norwegowie nie oszukują i nie objeżdżają bramki lokalną drogą.
Za miejscowością As opuszczam autostradę. Postanowiłem nie jechać do Oslo tylko tunelem dostać się na drugą stronę Oslofiordu - na skróty

. Tunel niestety kosztuje i to dwa razy więcej niż autostrada. Od wjazdu droga kieruje się wyraźnie w dół, obowiązuje ograniczenie do 50km/h. Wrzucam trójkę, hamując silnikiem i czasem hamulcem turlam się z górki. Trwa to dłuższą chwilę, uszy "strzelają" mi z powodu zmiany ciśnienia, w końcu docieram do dna. Teraz trzeba pokonać drogę pod górę, podobnej długości do tej którą zjechałem. W akompaniamencie "uszu" i wysokich obrotów w końcu docieram na powierzchnię. Mój pierwszy tunel w Norwegii ma 7km, nachylenie miejscami wynosi 7% i schodzi 130m pod poziom morza, a tuneli czeka jeszcze kilka na mojej trasie

.
Za tunelem robię sobie przerwę na kanapki. Jest godzina 17.00, zostało mi 450km najtrudniejszego górskiego odcinka. Nie dam rady dotrzeć do Bergen tego dnia ale jest ciepło i świeci słońce więc troskę o nocleg zostawiam na później.
W pobliskim Drammen odwiedzam ciekawy przykład norweskiej inżynierii - rondo w tunelu. Jest to logiczna konsekwencja tutejszego umiłowania rond i tuneli

.
Kieruję się teraz na północny zachód. Zabudowa coraz bardziej rzednie nie niknie jednak zupełnie. Spodziewałem się napotykać małe miejscowości co 20-50km i tak jest istotnie ale pomiędzy nimi pojawiają się też małe grupy samotnych domków. Opuszczając stołeczne przedmieścia poruszam się z przepisową prędkością wkrótce jednak ustawia się za mną sznurek kilku samochodów, a ich kierowcy aktywnie szukają okazji do wyprzedzenia. Niebawem im się to udaje, a ja mogę odetchnąć, nie lubię być zawalidrogą i prowadzić takie wężyki ale w Norwegii boję się ryzykować przekraczanie przepisów. Oddaliwszy się porządnie od Oslo decyduję się przyspieszyć do prawie 90tki, Norwegowie jednak wciąż mnie wyprzedzają

.
Słońce powoli zbiera się do zachodzenia, jadę jednak już dłuższy czas, a ono wciąż świeci mi w oczy. Robi się chłodno więc decyduję się na postój. Zamieniam sandały i krótkie spodnie na coś cieplejszego, robię sobie kanapki i sprawdzam godzinę - jest 21.00, słońce nadal zachodzi ale niespiesznie. Teraz dopiero uświadamiam sobie, że jestem już dość daleko na północy i o tej porze roku zdecydowanie dominuje dzień. Jeszcze kilka kilometrów męczę się ze słońcem w oczy, w końcu zasłaniają je chmury.
Za miejscowością Geilo zaczyn odczuwać wzmożony chłód, na szczęście przed wyjazdem podłączyłem sterowanie do nagrzewnic, nie zainstalowałem za to klapek na nogi przednich podróżnych ale teraz działa to na korzyść moich zmarzniętych nóg

. Droga zrobiła się dosyć kręta i pnie się ostro pod górę, tak więc koncentruję się na jezdni, a nie na okolicy. Po kilkunastu minutach rozglądam się z niedowierzaniem - zamiast lasu otwarta przestrzeń porośnięta tylko trawą i małymi krzaczkami, a dookoła skały i pagórki pokryte śniegiem. Księżyc albo co najmniej tundra.
Zdjęcie nie zachowało się
Zagadka - która to była godzina?
Zdjęcie nie zachowało się
popatrzcie na tyczki przy drodze - tam jest pewnie tyle śniegu w zimie
Zdjęcie nie zachowało się
to było o 23.30, wciąż całkiem jasno
Zdjęcia robiłem ekspresowo bo na dworze ziąb był straszny, na oko jakieś 5 stopni. Jakże genialną myślą było uruchomienie ogrzewania, na lato.
Niedługo po postoju na trasie pojawia się mgła, tak gęsta, że strach jechać 40 km/h, dodatkowo mgła skrapla się na samochodzie tak obficie, że wycieraczki uruchamiam na stałe. Właściwie była to pewnie chmura gdyż droga wiedzie tu na wysokości 1300m. W tych warunkach jadę dobrą godzinę, aż trasa zaczyna opadać. Teraz dopiero robi się ciekawie serpentyny z ciasnymi zakrętami, duży kąt nachylenia jezdni, a wszystko to we mgle gęstej jak śmietana. Potem dochodzą tunele, jedne krótsze, inne dłuższe, a nawet serpentyna w tunelu. Mgła na szczęście zostaje przed wjazdem do jednego z nich. Cały czas jadę hamując silnikiem i ostro pomagając hamulcem. Mija znów około godziny nim droga nie staje się w miarę płaska. Odkrywam, że silnik chodzi jakoś nierówno i ma bardzo niskie obroty na biegu jałowym, zatrzymuję się, aby to zbadać. Okazuje się, że długotrwałe hamowanie silnikiem zupełnie go wystudziło, a dodatkowo wszystkie drobiazgi z przepustnicy ssania gdzieś zaginęły więc ssanie nie działa

. Na szczęście nie jest to wielka tragedia, ruszam żwawo w drogę bo za parę kilometrów czeka mnie przeprawa promem przez Eidfiord (pływa całą dobę). Przejazd 100km z Geilo do przystani w Brimnes zajął mi trzy godziny, przyda się chwila odpoczynku na promie. Na przystani w kolejce samochodów stoi popsuty garbus. Właściciel mówi mi, że przyjechał 20min temu, a teraz nie może zapalić silnika. W czasie naszej rozmowy pojawia się pomoc drogowa i mechanik od razu zabiera się za sprawdzanie silnika. Ja muszę się pożegnać bo prom zaraz będzie odpływał.
Zdjęcie nie zachowało się
samochód z lewej to zepsuty garbus, a z prawej pomoc drogowa, pan w żółtym to pracownik promu
Zdjęcie nie zachowało się
Widok na przystań. Jest 2.00 w nocy, a niebo wciąż dosyć jasne
Zdjęcie nie zachowało się
sporo samochodów jak na zupełne odludzie w środku nocy
Niedaleko od promu droga wkracza do tunelu. Ten ma rekordowe 12km ale przez to, że jest idealnie prosty i bez wzniesień podróż nim jest niesamowicie nudna.
Następny ciekawy odcinek to podróż skrajem Granvinfjordu i Hardangerfjordu. Droga kluczy po skalnych półkach od 2 do 10m nad wodą z jednej strony i niemalże pionowym skalistym zboczem góry z drugiej. Często występuje zwężenie jezdni do szerokości jednego samochodu na odcinkach długości kilkunastu metrów. Trzeba zatem uważać na jadących z naprzeciwka i dogadywać się z nimi kto jedzie pierwszy. Moje ustąpienie pierwszeństwa zawsze było odwzajemniane jakimś miłym dziękczynnym gestem

. Prędkość jest tu ograniczona do 50km/h jednak z powodu zakrętów i podjazdów ciężko jest ją czasem utrzymać.
Około godziny 3.00 dopadła mnie senność. Do Bergen zostało jeszcze jakieś 100km, postanowiłem więc zatrzymać się na drzemkę na punkcie widokowym. W dalszą drogę ruszyłem przed 6.00. W międzyczasie zaczął padać deszcz, musiałem włożyć kurtkę z kapturem bo przez brak uszczelki woda z szyberdachu kapała mi za kołnierz. Dodatkową atrakcją były liczne strumyki które lały się ze skał wprost na środek jezdni i na samochód. Efekt był podobny do wyprzedzania tira w dużym deszczu, z tą różnicą, że woda była czysta

. Deszcze padał aż do samego Bergen i jest to podobno tutaj bardzo powszechne zjawisko. Temperatury roczne w Bergen wahają się miedzy 0, a 20 stopni i leje tu prawie bez przerwy cały rok.
Po małym zagubieniu się na przedmieściach Bergen dotarłem do akademika o godzinie 8.00. Tym razem przebyłem 1100km w 24 godziny. Do pokoju wpuściła mnie współlokatorka Weroniki, Asia. Weronika wracała w tym czasie z wycieczki na Lofoty i miała pojawić się po 15.00, czas ten poświęciłem niezwłocznie na odespanie podróży.