Namur, BelgiaWreszcie się udało! Planowany już w zeszłym roku wyjazd, który wówczas nie doszedł do skutku z przyczyn niezależnych w tym roku się udał. I to w jakim stylu!
Początkowo szykowała się większa ekipa jednak jak to często bywa na starcie pojawiły się „aż” dwa garby w składzie: Buniek a na jego pokładzie – Karo, Liska i qubek wraz z namiotem, śpiworami, karimatami, ubraniami i żarciem oraz Psotka wraz ze swoim kierowcą – Błażejem.
Plan był prosty i zakładał dotarcie na zlot Bug In w Chimay w Belgii 3 lipca 2008 r. Po drodze mieliśmy zatrzymać się w Wolfsburgu, zwiedzić Autostadt i Automuseum, następnie Belgia i zlot, a po wszystkim wycieczka w nieznane a znalezione w przewodniku miejsca Belgii i Holandii. W rzeczywistości wyszło podobnie, aczkolwiek życie zweryfikowało tempo podróży. Awaria pompy paliwaW drogę wyruszyliśmy 1 lipca 2008 roku z Warszawy. Podróż do Wolfsburga okazała się długa i bogata w nieoczekiwane przeżycia. Zaczęło się na przedpoznańskim odcinku autostrady, kiedy po ostrym deptaniu gazu Błażej zaczął zwalniać, by po chwili zatrzymać się na poboczu.
Spodziewaliśmy się najgorszego, silnik przegrzany... co będzie dalej. Po kilkudziesięciu minutach na poboczu i bezskutecznych próbach odpalenia Błażej został sholowany (przez patrol pilnujący, żeby autostradą nikt bez pozwolenia nikogo nie holował) na najbliższy parking autostradowy, na którym na niego czekaliśmy. Chłopaki chcieli rozbierać pół silnika w poszukiwaniu usterki jednak moje sprawne ucho mechanika wydało diagnozę – silnik nie dostaje paliwa. Diagnostykę rozpoczęliśmy zatem od pompy paliwa – co okazało się strzałem w dziesiątkę. Okazało się, że rozbieralna pompa została przy ostatniej wymianie uszczelek źle złożona i teraz po konsultacji z manualem błąd został poprawiony.
Ruszyliśmy w dalszą drogę, gdy ok. 100 km przed granicą polsko-niemiecką Psotka zniknęła nam ze wstecznego lusterka. Tym razem winowajcą okazała się linka gazu, która mimo że wymieniana niedługo przed wyjazdem spadła z mocowania przy pedale gazu i niezbędne okazało się zastosowanie nowej. Po szybkiej naprawie ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem bez większych przeszkód, nie licząc wielkiego korka przed granicą, który byliśmy zmuszeni ominąć bocznymi drogami, czego Błażej i jego niska Psotka nie zapomną jeszcze długo... Potem gonił już nas tylko czas, osiągając średnią prędkość na niemieckich autostradach w okolicach 120 km/h dotarliśmy na kemping w Wolfsburgu o godz. 21:52 – osiem minut przed zamknięciem bramy. Zmęczeni, ale szczęśliwi rozłożyliśmy namioty i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Następnego dnia czekało nas zwiedzanie wolfsburskich muzeów.
Autostadt w WolfsburguDrugi dzień podróży przyniósł kolejną niemiłą niespodziankę. Okazało się, że Automuseum, od którego mieliśmy zacząć nasz dzień poświęcony historii motoryzacji zmieniło kilka miesięcy temu dni otwarcia i czynne dla zwiedzających jest tylko od piątku do niedzieli. Niepocieszeni tym faktem udaliśmy się do Autostadt, który nas pozytywnie zaskoczył. Spodziewaliśmy się miasteczka grupy VW nastawionego na klientów kupujących nowe samochody i tym właśnie on jest, jednak znajduje się tam też wspaniale wyposażone muzeum dla fanów starej motoryzacji. Ładnie zaprezentowane modele starych samochodów różnych marek, od tych najstarszych oldtimerów do znacznie młodszych youngtimerów. Gratką dla fanów Volkswagena Garbusa są prototypy naszych milusińskich. Pierwszy, szary prototyp skonstruowany przez Ferdynanda Porsche dla marki NSU, który nie wszedł do seryjnej produkcji, jednak projektant tak go polubił, że jeździł nim przez wiele lat, nawet już w czasie pracy nad VW. Fabryka VWDrugi, czerwony to replika prototypu Garbusa zbudowana już w fabryce Volkswagena. Według mnie – całe szczęście, że postanowili go trochę poprawić i efekt końcowy był taki jak był. Muzeum bogate jest w wiele szczególnych modeli VW Garbusa, od wczesnych egzemplarzy po milionowy wysadzany cekinami. Dla osób dociekliwych, którzy chcieliby budowę Garbusa poznać na wylot nielada atrakcją okaże się połówka VW Garbusa, która ukazuje nam przekroje zarówno ważniejszych, jak i drobnych podzespołów. Wizyta w Autostadt zajęła nam pół dnia, dla przyzwoitości wybraliśmy się do pawilonów prezentujących inne, nowoczesne produkty koncernu jednak z większości wyszliśmy mocno zdegustowani. Duże wrażenie zrobiły na nas wieże dystrybucyjne VW – w których parkują nowe samochody VW oczekując na kupców, a gdy chętny się już znajdzie w całkowicie skomputeryzowany sposób dostarczane są do odbioru. Tego dnia również nocowaliśmy na kempingu w Wolfsburgu, by następnego dnia udać się wprost do Chimay. Postanowiliśmy, że również w drodze powrotnej do Polski zahaczymy o Wolfsburg, żeby zobaczyć Automuseum, które jako że będzie wtedy weekend powinno być czynne.Przekrój Garbusa w AutostadtCzwartek 3 lipca 2008 r. rano, w dobrych humorach spakowaliśmy samochody i ruszyliśmy niemieckimi autostradami w dalszą drogę na południowy zachód, aby w okolicach godziny 18-tej dotrzeć na miejsce zlotu i załapać się jeszcze na zapoznawczy rajd po okolicach. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy po godzinie jazdy, w czasie wyprzedzania TIR-ów Błażej zaczął zwalniać, by po raz kolejny zjechać na pobocze. Tym razem jednak nie stanął całkowicie, lecz udało nam się powoli zjechać pierwszym zjazdem z autostrady.
Zatrzymaliśmy się na najbliższej stacji benzynowej w celu sprawdzenia co tym razem się popsuło. Diagnoza była porażająca. W czasie wyprzedania "zjadło" 4 bieg, a pozostałe niepokojąco chrobotały. Znajdując się 1000 km od domu i 600 km od miejsca zlotu przystąpiliśmy do rozważania wszystkich za i przeciw. Czy ryzykować dalszą jazdę, czy dzwonić po pomoc z Polski. Decyzja należała do Błażeja. On postanowił zaryzykować i spróbować przejechać na trójce te 600 km, a skrzynię wymienić na miejscu podczas zlotu, gdzie ktoś jakąś skrzynię na sprzedaż powinien mieć. Zaopatrzeni w dokładny atlas Niemiec przystąpiliśmy do wyznaczania trasy omijającej autostrady. Trasa wiodła przez Hessisch Oldendorf, co przypomniało nam o odbywających się tam spotkaniach właścicieli VW sprzed 1957 roku i znajdującej się tam prywatnej kolekcji podobnych okazów. Skojarzenie nasunęło myśl, że skoro znajduje się tam kolekcja, to może i właściciel mieszka w pobliżu.
Awaria skrzyni biegówPodłamani – samo wyznaczanie trasy do granicy zajęło blisko pół godziny, obierając Hessisch Oldendorf jako pierwszy cel tego etapu podróży, ruszyliśmy w drogę. Sprawnie dotarliśmy do miasteczka, gdzie szukając osoby mówiącej po angielsku usiłowaliśmy odnaleźć właściciela znanej kolekcji. Na nasze szczęście udało się taką osobę znaleźć i uzyskać dalsze wskazówki. Po dłuższych poszukiwaniach kontaktu z właścicielem kolekcji udało nam się z nim spotkać. Christian Grundmann okazał się bardzo sympatycznym i otwartym człowiekiem, który bezinteresownie uruchomił krąg znajomych garbusiarzy i za ich pośrednictwem skontaktował nas z osobą, która posiadała skrzynię biegów pasującą Błażejowi i była skłonna ją odsprzedać. Udostępnił nam też swój teren, żebyśmy mieli gdzie zająć się naprawą, zapewnił dostęp do narzędzi oraz pozwolił przenocować w swoim pociągu sypialnym – hotelu.
Wymiana skrzyni poszła umiarkowanie sprawnie, głównie ze względu na nawałnicę, która zaczęła się w trakcie pracy, a ustała nad ranem następnego dnia. W związku z opornie idącą naprawą i fatalnymi warunkami atmosferycznymi zdecydowaliśmy się skorzystać z uprzejmości Christiana i przenocować w wagonie.
Kolekcja Christiana GrundmannaNastępnego dnia rano Błażej dokończył regulację sprzęgła i linki gazu, więc mogliśmy z czystym sumieniem poświecić dwie godziny na obejrzenie sławnej kolekcji Grundmannów. Jest ona imponująca i pod wieloma względami ciekawsza i oryginalniejsza niż Automuseum w Wolfsburgu. Każdy egzemplarz jest specjalny, związana jest z nim jakaś historia albo jest po prostu jedyny. I tak pod dachem tego muzeum znaleźliśmy największą na świecie, liczącą 8 samochodów kolekcję Rometchy, oryginalną, czterodrzwiową taksówkę Karmanna, pojazdy z okresu II wojny światowej, zarówno Garbusy (w tym jeden z napędem na 4 koła) jaki i Kubelwageny, Schwimmwagena, tuż powojenne VW produkowane na potrzeby alianckich wojsk okupacyjnych, najstarszego zachowanego Bulika, nigdy nie remontowaną Sambę w stanie idealnym, kopię Bulika zrobioną w NRD z drewna, wiele wspaniałych okazów Porsche, pojazdów produkowanych jednostkowo oraz coś co nas, użytkowników młodszych Garbusów szczególnie zaskoczyło – ostatni wyprodukowany na Świecie egzemplarz ULTIMY! VW ma jedną z Ultim, jednak w tej kolekcji jest ta ostatnia, którą znamy z relacji o zakończeniu produkcji Garbusa. Wszystkie te samochody są gotowe do jazdy, wystarczy włożyć akumulator i w drogę. Christian jest również w posiadaniu podłogi (bez płatów) od prototypu V30! Jest to najstarszy znany fragment Garbusa – VW ma tylko replikę. Brak słów żeby opisać co tam znaleźliśmy. Piękne samochody ubrane w scenki rodzajowe i gadżety z minionych lat. Naprawdę wszystko było tam wyjątkowe i warte obejrzenia. Dlatego niezbyt żałując awarii i straconego dnia, bogatsi o nowe doświadczenia ruszyliśmy w dalszą drogę, która tym razem przebiegła bezawaryjnie i około godziny 19-tej mogliśmy zameldować się na zlocie Bug In w Chimay.
Tego dnia na zlocie niewiele już się działo. Wyścigi już się skończyły, ale pozwoliło nam to na swobodne zwiedzanie parku maszyn i kierowców dłubiących przy swoich potworach. Rozejrzeliśmy się też po części gdzie zaparkowane były pojazdy uczestniczące w show&shine i straganach handlowych.
Bug-In, wyścigi na 1/4 miliSobota i niedziela na zlocie upłynęły pod znakiem wyścigów na ¼ mili, slalomu, który niestety został usytuowany w znacznej odległości od centrum zabawy oraz błocka, w którym taplały się przygotowane bajy i buggy. Nasza uwaga skupiła się oczywiście na wyścigach, które odbywały się jak tylko belgijska pogoda stawała się łaskawsza i przestawało padać. Deszcz pokrzyżował plany sportowców w sobotę w ciągu dnia, dlatego też jak tylko późnym popołudniem asfalt obsechł wyścigi postanowiono przedłużyć i mogliśmy cieszyć się rykiem silników do późnego wieczora.
W niedzielę pogoda była już łaskawsza, a my punktualnie o 10-tej zasiedliśmy na trybunach. Wyścigi były organizowane bardzo sprawnie a samochody puszczane w zasadzie bez większych przerw. Nie można nie podkreślić dużej dbałości o bezpieczeństwo. Tor sprawdzano po każdym nawet najmniejszym opadzie deszczu czy awarii samochodu startującego.
Na terenie zlotu było bardzo dużo pawilonów z częściami i gadżetami, można było obejrzeć z bliska wszystko to, co z reguły mamy przyjemność oglądać jedynie w katalogach, skorzystać ze specjalnych Bug In-owych promocji cenowych czy porozmawiać z producentami o ich produktach. Swoje miejsce miały również namioty z częściami używanymi gdzie także można było utrafić ciekawe okazje i rarytasy.
HolandiaWarto było dotrzeć na ten zlot. Liczba uczestników jest tak imponująca, że trudno zwracać uwagę na każdy mijający nas samochód. Bulik? Co tam, w innym miejscu stoi ich dwadzieścia, Karmann to samo, a o Garbusach nie wspominamy bo było ich tam grubo powyżej tysiąca. Po zakończeniu zlotu tradycyjnie ogarnął nas nastrój nostalgiczny, gdy nic innego jak powrót do domu nie zostaje. Tymczasem czekał na nas drugi etap podróży poświęcony zwiedzaniu.
W dalszą drogę, tym razem gdzie nas oczy poniosą ruszyliśmy w poniedziałek rano. Korzystając z bliskości granicy belgijsko-francuskiej zmierzając na północ do Holandii postanowiliśmy przejechać przez Francję, następnie przez holenderską Zelandię aż do Amsterdamu. Trasa była bardzo ciekawa. Przejechaliśmy pod cieśniną kilkukilometrowym tunelem, następnie tamą, która w sumie miała kilkanaście kilometrów długości.
AmsterdamWieczorem dotarliśmy na kemping koło Amsterdamu, który stał się naszym miejscem wypadowym na następne 4 dni. Nie wiem czy mieliśmy pecha, czy taka właśnie jest pogoda w Holandii, ale prawie cały czas padało, a nawet jak nie padało to było wilgotno jakbyśmy ciągle byli nad wodą. W sumie nie jest to niezgodne z prawdą, bo w Holandii, szczególne zachodniej woda jest wszędzie. Żeby być ścisłym należałoby jednak stwierdzić że byliśmy pod wodą, chronieni przez system tam, kanałów i pomp. Tak czy owak, postanowiliśmy nie dać się deszczowi i jak tylko opady się zmniejszały bądź zanikały (co także miało miejsce) korzystaliśmy, żeby zwiedzić conieco.
Zaczęliśmy od Amsterdamu, który jest ciekawym dla nas, szczurów lądowych, miastem. Wszędzie pełno kanałów, tysiące mostków, w tym większość zwodzonych, miliony rowerów, kamienice, które od stuleci osiadają nierówno na balach na których są zbudowane, sprawiając wrażenie walących się.
NaardenKolejne dni poświęciliśmy na zwiedzanie Naarden – pięknego miasteczka, zachowanego wewnątrz swoich nietkniętych fortyfikacji tak, jakby od kilkuset lat czas stał w miejscu, Hagi oraz Schoveningen, które zrobiło na nas przygnębiające wrażenie kurortu, które ktoś zabudował bloczyskami. Najpiękniejszym miastem okazał się Edam słynący z wyrobu sera żółtego, a wcześniej statków. HagaUrocze miasteczko jak z piernika, kolejne w którym ktoś dwieście lat temu zatrzymał zegar. W drodze powrotnej do Wolfsburga zatrzymaliśmy się w Arnchem, gdzie chłopaki – miłośnicy uzbrojenia z II wojny światowej - mogli podziwiać eksponaty muzeum poświęconego słynnej, nieudanej operacji powietrznodesantowej.
W piątek 11 lipca 2008 r. dotarliśmy po raz drugi do Wolfsburga, gdzie po noclegu podjęliśmy kolejną próbę zwiedzenia Automuseum - tym razem skuteczną. Muzeum okazało się ciekawe, aczkolwiek po dwóch wcześniejszych nie zrobiło już na nas takiego wrażenia, jakiego oczekiwaliśmy. Prezentowana kolekcja jest jednak bogata w eksponaty, których nigdzie indziej nie widzieliśmy:Garbus z Brazylii, ubogie 1200 z lat osiemdziesiątych, Garbus z wikliny, z drewna (wyrzeźbiony przez weneckiego rzeźbiarza), ażurowy, najstarszy istniejący kabriolet, czy Ogórek z lat 80-tych ze skórzaną tapicerką, wiele prototypów następców Garbusa, które nigdy nie weszły do produkcji albo weszły poprawione, pomoc drogowa, radiowóz.
Automuseum, WolfsburgAutomuseum, Wolfsburg
Naszą wyprawę uważam za naprawdę udaną. Cieszę się, że przygody, które nas spotkały w drodze na zlot nie przeszkodziły trwale w dalszej podróży, a ta najpoważniejsza awaria dała nam tak naprawdę wspaniałą okazje poznania bardzo ciekawej kolekcji, o której słyszeliśmy a której prawdopodobnie nigdy nie mielibyśmy okazji zobaczyć w innych warunkach. Przez te 12 dni zrobiliśmy 3902 km i możemy być dumni z naszych samochodów, że bez większych problemów udało nam się przejechać taki dystans. Żeby nie było że tylko Błażej miał awarię, nasz Buniek też spłatał nam figla, a dokładniej zrobił to jego rozrusznik, który zaczął dziwnie pracować już w drugim dniu wyprawy, a odmówił posłuszeństwa dopiero na pierwszym postoju już w Polsce. Jak zwykle jeśli Garbus ma już się popsuć to zrobi to w pobliżu domu.
Nigdy nie remontowana Samba (z kolekcji Christiana Grundmanna)Autostadt w Wolfsburgu
Więcej zdjęć z wyprawy znajdziecie w galerii tutaj ...
W dyskusji o zlocie Bug-In możecie natomiast uczestniczyć tutaj ...